Komitet Noblowski ku zaskoczeniu całego świata przyznał tegoroczną pokojową Nagrodę Nobla Prezydentowi USA Barrackowi Obamie. Za co? W uzasadnieniu Komitet pisze m.in.: „za umocnienie międzynarodowej dyplomacji”, „stworzenie nowego klimatu międzynarodowego”, itd. Czyli za co konkretnie?
Świat polityki zareagował na ten fakt pobłażliwie, przywódcy wielu krajów przesłali standardowe depesze gratulacyjne. Na forach internetowych użytkownicy sieci nie byli już tak życzliwi dla laureata. Pojawiły się uwagi, że to kpina (USA prowadzi obecnie kilka wojen), a nawet, że to dewaluacja Nagrody Nobla. „Nobel dla Obamy? Chyba za skończone studia” dobitnie mówi tytuł w Dzienniku. W sondzie przeprowadzonej przez portal WP.pl prawie 90 procent uczestników uznało, że Prezydent USA nie zasłużył na to wyróżnienie.
Wyróżnieniem chyba zaskoczony jest również Barrack Obama. Niewątpliwie będzie ona dla niego w najbliższym czasie bardziej „kulą u nogi” niż zasłużoną nagrodą. On sam ostrożnie stwierdził, że przyznana nagroda jest dla niego „zachętą do działania”. Czy będzie też motywacją do przyśpieszenia procesów pokojowych na Bliskim Wschodzie i zakończenia wojny w Afganistanie i Iraku?
Trzeba przyznać, że podczas wyboru laureata tegorocznej pokojowej Nagrody Nobla krążył duch Staszka Barei i zesłał im natchnienie. W genialnym serialu „Alternatywy 4″ członkowie zarządu spółdzielni wybierali nazwę dla nowej ulicy. Jako patron został zaproponowany porucznik Kazubek. Porucznik ów, jak wytłumaczyła szybko pani sekretarz „odznaczył się przy budowaniu zrębów i kładzeniu podwalin”. Potem „pracował na Koszykowej” (ówczesne UB), a następnie „przeniesiono go na Rakowiecką” (więzienie).
niedziela, 11 października 2009
poniedziałek, 28 września 2009
Free Polański
Przez media wielu krajów przetacza się właśnie dyskusja na temat aresztowania w Szwajcarii Romana Polańskiego. Jak już pewnie wszystkim wiadomo aresztowano go na podstawie listu gończego wystawionego przez Stany Zjednoczone ponad 30 lat temu. Polański poszukiwany jest za gwałt na 13-latce, obecnie ponad 40-letniej kobiecie.
Tyle wiadomo na pewno. Mniej lub bardziej pewne jest jednak, że nie był to gwałt w dosłownym rozumieniu tego słowa, czyli zmuszanie fizyczne, czy psychiczne do stosunku seksualnego. Małolata w końcu nie trafiła do willi Jacka Nicholsona przypadkiem. W relacji oskarżonego oraz osób przebywających w tym czasie w willi Jacka dziewczynka tam trafiła sprowadzona przez matkę na – oficjalnie – sesję fotograficzną. Podobno (bo wciąż poruszamy się w mętnej wodzie domysłów, zeznań świadków publikowanych przez prasę, itd) stosunki seksualne, które odbyła Samatha z Polańskim nie były jej pierwszymi kontaktami fizycznymi.
Dodatkowo, nieprzyjemnego smaczku tej historii dodaje fakt, że w roli rajfurki wystąpiła matka dziewczyny, pragnąca zapewnić jej start do kariery. Bo o ile jeszcze można wierzyć w naiwność dziecka, to matka musiała być wszystkiego w pełni świadoma. Sprawa nie jest więc ani prosta, ani jednoznaczna, ciężko tu stwierdzić kto jest czarnym, a kto białym charakterem.
Oczywiście sytuacja w której dziecko (bo 13-latka ewidentnie jest dzieckiem, choćby nie wiadomo jak była rozwinięta fizycznie) zostaje samo na noc w towarzystwie obcych, dorosłych mężczyzn w dość dwuznacznej sytuacji, w ogóle nie powinna się wydarzyć. Po prostu nie wyobrażam sobie bym zgodził się na taką sytuację jako rodzic. Sam Polański – czego nie ukrywał – wiedział o tym w jakim wieku jest dziewczyna i mimo wszystko odbył z nią stosunek płciowy. Takiej sytuacji również – jako mężczyzna sobie nie wyobrażam. Polański nie powinien swoich chuci zaspokajać w taki sposób.
Potrafię za to zrozumieć czemu Polański uciekł ze Stanów, w sytuacji nagonki medialnej, przy sędzim prowadzącym show zamiast rozprawy, po prostu nie wytrzymał nerwowo i uciekł. Oczywiście gdyby reżyser był odrobinę rozsądniejszy to nie musiałby przez trzy dekady uciekać przez karą. Gdyby w ogóle pomyślał to nie poszedłby do łóżka z dzieckiem, choćby dziewczyna go zachęcała. Gdyby już po ugodzie w sądzie zaczął myśleć to nie przerywałby wyznaczonego mu wyroku 90 dni więzienia i nie dałby się sfotografować w trakcie zabawy w towarzystwie młodych kobiet. Gdyby… pewnie tych „gdyby” można wymienić jeszcze sporo, a spełnienie choć jednego z nich dałoby Polańskiemu spokój.
Jakie więc konsekwencje poniósł Polański? Trzydzieści lat unikania amerykańskiego prawa na pewno pozostawia ślad na psychice. Mimo sławy, popularności i pieniędzy pewnie gdzieś w podświadomości wciąż czuje się on uciekinierem, banitą. W końcu od tego czasu nie udało mu się zrobić filmu na miarę „Chinatown”, czy „Dziecka Rosemary”, nigdy już nie osiągnął takiego poziomu reżyserskiego geniuszu. Nie, nie zapominam o Oskarze za „Pianistę”, to oczywiście dobry film, ale nie genialny, sprawne rzemiosło prowadzone mistrzowską ręką, ale nie ma w nim tego ziarnka geniuszu.
Podsumowując mój wywód, uważam że sprawę Polańskiego należy zakończyć definitywnie. I to – moim zdaniem – z korzyścią dla niego. W mojej opinii ukarał się sam za nie panowanie nad swoimi chuciami wobec nastoletniej lolitki. Ukarał się losem banity, obciął sobie skrzydła jako twórca, z mistrza sam zrobił z siebie wyśmienitego, ale jednak rzemieślnika. Dlatego powtarzam za wieloma: Free Polanski
Prasa publikuje ówczesne zeznania oskarżonego i ofiary:
Wersja Samanthy
Wersja Polańskiego
Tyle wiadomo na pewno. Mniej lub bardziej pewne jest jednak, że nie był to gwałt w dosłownym rozumieniu tego słowa, czyli zmuszanie fizyczne, czy psychiczne do stosunku seksualnego. Małolata w końcu nie trafiła do willi Jacka Nicholsona przypadkiem. W relacji oskarżonego oraz osób przebywających w tym czasie w willi Jacka dziewczynka tam trafiła sprowadzona przez matkę na – oficjalnie – sesję fotograficzną. Podobno (bo wciąż poruszamy się w mętnej wodzie domysłów, zeznań świadków publikowanych przez prasę, itd) stosunki seksualne, które odbyła Samatha z Polańskim nie były jej pierwszymi kontaktami fizycznymi.
Dodatkowo, nieprzyjemnego smaczku tej historii dodaje fakt, że w roli rajfurki wystąpiła matka dziewczyny, pragnąca zapewnić jej start do kariery. Bo o ile jeszcze można wierzyć w naiwność dziecka, to matka musiała być wszystkiego w pełni świadoma. Sprawa nie jest więc ani prosta, ani jednoznaczna, ciężko tu stwierdzić kto jest czarnym, a kto białym charakterem.
Oczywiście sytuacja w której dziecko (bo 13-latka ewidentnie jest dzieckiem, choćby nie wiadomo jak była rozwinięta fizycznie) zostaje samo na noc w towarzystwie obcych, dorosłych mężczyzn w dość dwuznacznej sytuacji, w ogóle nie powinna się wydarzyć. Po prostu nie wyobrażam sobie bym zgodził się na taką sytuację jako rodzic. Sam Polański – czego nie ukrywał – wiedział o tym w jakim wieku jest dziewczyna i mimo wszystko odbył z nią stosunek płciowy. Takiej sytuacji również – jako mężczyzna sobie nie wyobrażam. Polański nie powinien swoich chuci zaspokajać w taki sposób.
Potrafię za to zrozumieć czemu Polański uciekł ze Stanów, w sytuacji nagonki medialnej, przy sędzim prowadzącym show zamiast rozprawy, po prostu nie wytrzymał nerwowo i uciekł. Oczywiście gdyby reżyser był odrobinę rozsądniejszy to nie musiałby przez trzy dekady uciekać przez karą. Gdyby w ogóle pomyślał to nie poszedłby do łóżka z dzieckiem, choćby dziewczyna go zachęcała. Gdyby już po ugodzie w sądzie zaczął myśleć to nie przerywałby wyznaczonego mu wyroku 90 dni więzienia i nie dałby się sfotografować w trakcie zabawy w towarzystwie młodych kobiet. Gdyby… pewnie tych „gdyby” można wymienić jeszcze sporo, a spełnienie choć jednego z nich dałoby Polańskiemu spokój.
Jakie więc konsekwencje poniósł Polański? Trzydzieści lat unikania amerykańskiego prawa na pewno pozostawia ślad na psychice. Mimo sławy, popularności i pieniędzy pewnie gdzieś w podświadomości wciąż czuje się on uciekinierem, banitą. W końcu od tego czasu nie udało mu się zrobić filmu na miarę „Chinatown”, czy „Dziecka Rosemary”, nigdy już nie osiągnął takiego poziomu reżyserskiego geniuszu. Nie, nie zapominam o Oskarze za „Pianistę”, to oczywiście dobry film, ale nie genialny, sprawne rzemiosło prowadzone mistrzowską ręką, ale nie ma w nim tego ziarnka geniuszu.
Podsumowując mój wywód, uważam że sprawę Polańskiego należy zakończyć definitywnie. I to – moim zdaniem – z korzyścią dla niego. W mojej opinii ukarał się sam za nie panowanie nad swoimi chuciami wobec nastoletniej lolitki. Ukarał się losem banity, obciął sobie skrzydła jako twórca, z mistrza sam zrobił z siebie wyśmienitego, ale jednak rzemieślnika. Dlatego powtarzam za wieloma: Free Polanski
Prasa publikuje ówczesne zeznania oskarżonego i ofiary:
Wersja Samanthy
Wersja Polańskiego
piątek, 28 sierpnia 2009
Czy Jack Nicholson może być gejem?
Jedna z prywatnych polskich telewizji przypomniała właśnie film pod tytułem „Lepiej być nie może”. Film jak na amerykańskie komiksowe kino jest w miarę interesującą pozycją. Mamy więc plejadę dobrych (a nawet świetnych – tradycyjnie przedni Nicholson) aktorów, którzy malują nam bardzo sprawnie życie w wielkomiejskiej współczesnej dżungli.
Jest więc popularny pisarz w wieku emerytalnym, cierpiący na nerwicę natręctw, jest kelnerka (o urodzie przeciętnej, ale ujmująco naturalnej) borykająca się z ciężką chorobą syna, artysta – homoseksualista i jego przyjaciel – Murzyn (czy, jeśli kto woli Afroamerykanin). Ludzie ci, zderzeni przez los oddziaływają na siebie, co w zakończeniu filmu kończy się gremialnym happy endem dla każdego. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że film zabija polityczna poprawność.
Co by było gdyby stetryczały, złośliwy, zadufany w sobie pisarz grany przez Jacka Nicholsona był homo- (Jack zagra nawet książkę kucharską!), a nie hetero- seksualny? Gej pojawia się, a jakże, ale w osobie wrażliwego malarza, ofiary brutalnego napadu. Czy nie może być odwrotnie? I czy samotna kelnerka (kobieta, a więc istota w powszechnym mniemaniu bezbronna) z chorym synkiem nie może być (na przykład) przystojnym, muskularnym młodzieńcem? Lub kimkolwiek innym. A czarnoskóry twardziel – przyjaciel o gołębim sercu nie może być jak reszta bohaterów, po prostu biały (w filmie prawie nie ma czarnoskórych, a wśród ról drugoplanowych jest tylko on)? Czy to jest aż tak nieprawdopodobne, że autorzy zdecydowali się na taką, a nie inną mieszankę płci, kolorów i charakterów?
Polityczna poprawność jest zabójstwem dla sztuki. Nawet tej lekkiej jak kino dla masowej widowni. Poprawne politycznie stereotypy tak bardzo wbiły się do świadomości amerykańskiego (naszego zresztą już też) społeczeństwa, że nikt nie bulwersuje się heteroseksualnym chamem. Powiem więcej, publiczność jest tak „wytresowana”, że przyklaskują przykrościom, które go spotykają. Gdyby taki sam był gej, większość obowiązkowo byłaby oburzona. Choć pewnie nie wszyscy tak w głębi duszy myślą.
Mierzi mnie to bardzo, psuje odbiór filmu. Czy musimy podlegać schematom, konwenansom? Czy to jaki ktoś ma kolor skóry, bądź jakie ma upodobania łóżkowe musi mieć wciąż znaczenie? Tak bardzo walczymy z rasizmem, że to co ma być normalne wynaturzamy jeszcze bardziej niż kiedyś, tylko w przeciwnym kierunku. Film który podlega z założenia schematom opierającym się na narzucaniu poprawnych politycznie stereotypów (a przecież wiązanie cech osobowościowych z rasą, bądź seksualnością jest chyba właśnie tym) nie ma szansy być kinem wielkim. Choć Nicholson jak zwykle jest świetny…
Jest więc popularny pisarz w wieku emerytalnym, cierpiący na nerwicę natręctw, jest kelnerka (o urodzie przeciętnej, ale ujmująco naturalnej) borykająca się z ciężką chorobą syna, artysta – homoseksualista i jego przyjaciel – Murzyn (czy, jeśli kto woli Afroamerykanin). Ludzie ci, zderzeni przez los oddziaływają na siebie, co w zakończeniu filmu kończy się gremialnym happy endem dla każdego. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że film zabija polityczna poprawność.
Co by było gdyby stetryczały, złośliwy, zadufany w sobie pisarz grany przez Jacka Nicholsona był homo- (Jack zagra nawet książkę kucharską!), a nie hetero- seksualny? Gej pojawia się, a jakże, ale w osobie wrażliwego malarza, ofiary brutalnego napadu. Czy nie może być odwrotnie? I czy samotna kelnerka (kobieta, a więc istota w powszechnym mniemaniu bezbronna) z chorym synkiem nie może być (na przykład) przystojnym, muskularnym młodzieńcem? Lub kimkolwiek innym. A czarnoskóry twardziel – przyjaciel o gołębim sercu nie może być jak reszta bohaterów, po prostu biały (w filmie prawie nie ma czarnoskórych, a wśród ról drugoplanowych jest tylko on)? Czy to jest aż tak nieprawdopodobne, że autorzy zdecydowali się na taką, a nie inną mieszankę płci, kolorów i charakterów?
Polityczna poprawność jest zabójstwem dla sztuki. Nawet tej lekkiej jak kino dla masowej widowni. Poprawne politycznie stereotypy tak bardzo wbiły się do świadomości amerykańskiego (naszego zresztą już też) społeczeństwa, że nikt nie bulwersuje się heteroseksualnym chamem. Powiem więcej, publiczność jest tak „wytresowana”, że przyklaskują przykrościom, które go spotykają. Gdyby taki sam był gej, większość obowiązkowo byłaby oburzona. Choć pewnie nie wszyscy tak w głębi duszy myślą.
Mierzi mnie to bardzo, psuje odbiór filmu. Czy musimy podlegać schematom, konwenansom? Czy to jaki ktoś ma kolor skóry, bądź jakie ma upodobania łóżkowe musi mieć wciąż znaczenie? Tak bardzo walczymy z rasizmem, że to co ma być normalne wynaturzamy jeszcze bardziej niż kiedyś, tylko w przeciwnym kierunku. Film który podlega z założenia schematom opierającym się na narzucaniu poprawnych politycznie stereotypów (a przecież wiązanie cech osobowościowych z rasą, bądź seksualnością jest chyba właśnie tym) nie ma szansy być kinem wielkim. Choć Nicholson jak zwykle jest świetny…
środa, 5 sierpnia 2009
"Spójrz w lusterko, spójrz dwa razy..."
„Spójrz w lusterko, spójrz dwa razy, motocykle są wszędzie” - takie hasło często widzę przyklejone do karoserii różnych samochodów. Patrzę w lusterko, w oddali mały punkcik. Patrzę po chwili znów, punkcik zamienił się w motocyklistę „wiszącego mi na zderzaku”. Skoro ja jechałem szybciej niż dozwolona prędkość to jak szybko jechał on?
Stoję na światłach. Obok mnie na lewoskręcie motocyklista. Zapala się zielone światło. Motocykl jak z katapulty rusza z lewoskrętu na mój pas zajeżdżając mi drogę. Oczywiście ma przyśpieszenie kilkukrotnie większe od mojego, więc wystarczy zdjąć nogę z gazu na sekundę, aby uniknąć ewentualnej kolizji. Tylko czy wszytko jest w porządku?
Niedawno była na Jasnej Górze pielgrzymka motocyklistów. Jechałem akurat z Częstochowy do Katowic drogą A1. Dziesiątki jednośladów zmierzało w przeciwnym kierunku. Wyglądali jak roje os, jadąc w chaotycznym szyku całą szerokością drogi. Niektóre „roje” otaczały samochody, których bezradni kierowcy nie mogli wykonać żadnego manewru, gdyż ze wszystkich stron okrążali ich motocykliści.
W Google wpisuję hasło „wypadki z udziałem motocyklistów” (aktualność: 2009-08-05, godz. 10:00), pierwszy od góry link, aktualności w serwisie bielsko-biala.pl:
Stoję na światłach. Obok mnie na lewoskręcie motocyklista. Zapala się zielone światło. Motocykl jak z katapulty rusza z lewoskrętu na mój pas zajeżdżając mi drogę. Oczywiście ma przyśpieszenie kilkukrotnie większe od mojego, więc wystarczy zdjąć nogę z gazu na sekundę, aby uniknąć ewentualnej kolizji. Tylko czy wszytko jest w porządku?
Niedawno była na Jasnej Górze pielgrzymka motocyklistów. Jechałem akurat z Częstochowy do Katowic drogą A1. Dziesiątki jednośladów zmierzało w przeciwnym kierunku. Wyglądali jak roje os, jadąc w chaotycznym szyku całą szerokością drogi. Niektóre „roje” otaczały samochody, których bezradni kierowcy nie mogli wykonać żadnego manewru, gdyż ze wszystkich stron okrążali ich motocykliści.
W Google wpisuję hasło „wypadki z udziałem motocyklistów” (aktualność: 2009-08-05, godz. 10:00), pierwszy od góry link, aktualności w serwisie bielsko-biala.pl:
„(…) 35-letni mieszkaniec Rudzicy kierując motocyklem marki Yamaha przewrócił się i uderzył w Volkswagena Polo (…)”, „ (…) 22-letni kierowca motocykla marki Yamaha, wyjeżdżając z ulicy podporządkowanej zderzył się z samochodem marki Ford Galaxy (…)”, ” (…) 28-letni mieszkaniec tej miejscowości kierując motocyklem marki Honda utracił panowanie nad pojazdem, przewrócił się, doznając złamania obojczyka i wstrząśnienia mózgu (…)”, „(…) 24-letni mieszkaniec województwa małopolskiego kierując motocyklem marki Suzuki nie zachował należytej ostrożności i najechał na tył poprzedzającego go pojazdu (…)”, „(…) 16-letni mieszkaniec tej miejscowości kierując motorowerem marki Derbi na przejściu dla pieszych potrącił nietrzeźwego (…)” (źródło)Przyznaję, że nie przepadam za motocyklami na drogach. Drażnią mnie uwagi typu tytułowe „spójrz w lusterko…”. Fałszywe zdają się tłumaczenia jakie znalazłem w jednym z serwisów pasjonatów dwóch kółek: „Wykorzystywanie znakomitych osiągów oraz zwrotności motocykla w mieście spotyka się często z nieprzychylnym odbiorem kierujących samochodami, postrzegających przeciskający się miedzy samochodami motocykl za zagrożenie dla lakieru na ich maszynach.” (ścigacz.pl). Ja nie martwię się o lakier, bardziej o to, że przez czyjąś bezmyślność i brawurę odbiorę mu życie. Nie twierdzę, że kierowcy samochodów jeżdżą lepiej, przeciwnie, jeżdżą kiepsko i równie bezmyślnie. Tylko to nikogo nie upoważnia do brawury, ani nie usprawiedliwia z głupoty.
czwartek, 30 lipca 2009
Parytety, czy równo zanczy sprawiedliwie?
Prasa uprzejmie doniosła o tym, że Pan Prezydent spotkał się z przedstawicielkami Kongresu Kobiet i po wysłuchaniu ich racji zapowiedział, że jeśli pojawi się projekt ustawy o parytetach, to on ten dokument podpisze. O cóż chodzi Paniom?
Ano o to, żeby wprowadzić określoną proporcjonalnie reprezentację kobiet na listach wyborczych, najlepiej 50%. Z tego samego artykułu wynika, że pomysł ten popiera PO oraz lewica. W Sejmie podobno toczą się prace nad ustawą o parytetach. Tylko PSL jest przeciwne temu rozwiązaniu.
Po co to wszystko? Pewnie ma być sprawiedliwie. Tylko czy to słuszne? Czy jest w interesie kraju, aby kryterium kandydowania do Sejmu były nie kompetencje, tylko płeć? Śmiem wątpić. Owszem, gołym okiem widać, że dziś mężczyźni zdominowali politykę w Polsce, a kobiety w sejmowej ławie są bardziej wyjątkiem, niż normą. Dlaczego? Czy mężczyźni nie dopuszczają kobiet do „władzy”? A może panie w większości nie są zainteresowane „babraniem się” w rynsztoku jakim jest współczesna polityka? Czy przedstawicielki Kongresu Kobiet, rzeczywiście są głosem wszystkich (czy raczej większości) pań w naszej Ojczyźnie, czy tylko pewnego lobby, które w normalnych warunkach nie jest w stanie wprowadzić swoich przedstawicielek do parlamentu, więc oczekuje specjalnego traktowania.
W ostatnich wyborach parlamentarnych startowała Partia Kobiet. Szumna kampania, plakaty jak z reklamy środków pielęgnacji ciała, gdzie nikt nie ma niczego do ukrycia, wszystko to nie przyniosło oczekiwanego efektu. Na Partię nie głosowały nie tylko kobiety, ale i mężczyźni kuszeni wdziękami krągłych bioder i ud.
Czy nasz kraj dojrzeje kiedyś do myśli, że kluczem do rozwoju jest nie płeć, kolor skóry, wyznanie, czy wzrost, tylko kompetencje, umiejętności? Wolałbym, żeby zamiast zwiększenia ilości pań na listach zwiększyć liczbę zawodowców, specjalistów z kompetencjami. A jeśli to niemożliwe, to choć niech będzie więcej szczęściarzy, bo na szczęście zawsze jest popyt.
Ano o to, żeby wprowadzić określoną proporcjonalnie reprezentację kobiet na listach wyborczych, najlepiej 50%. Z tego samego artykułu wynika, że pomysł ten popiera PO oraz lewica. W Sejmie podobno toczą się prace nad ustawą o parytetach. Tylko PSL jest przeciwne temu rozwiązaniu.
Po co to wszystko? Pewnie ma być sprawiedliwie. Tylko czy to słuszne? Czy jest w interesie kraju, aby kryterium kandydowania do Sejmu były nie kompetencje, tylko płeć? Śmiem wątpić. Owszem, gołym okiem widać, że dziś mężczyźni zdominowali politykę w Polsce, a kobiety w sejmowej ławie są bardziej wyjątkiem, niż normą. Dlaczego? Czy mężczyźni nie dopuszczają kobiet do „władzy”? A może panie w większości nie są zainteresowane „babraniem się” w rynsztoku jakim jest współczesna polityka? Czy przedstawicielki Kongresu Kobiet, rzeczywiście są głosem wszystkich (czy raczej większości) pań w naszej Ojczyźnie, czy tylko pewnego lobby, które w normalnych warunkach nie jest w stanie wprowadzić swoich przedstawicielek do parlamentu, więc oczekuje specjalnego traktowania.
W ostatnich wyborach parlamentarnych startowała Partia Kobiet. Szumna kampania, plakaty jak z reklamy środków pielęgnacji ciała, gdzie nikt nie ma niczego do ukrycia, wszystko to nie przyniosło oczekiwanego efektu. Na Partię nie głosowały nie tylko kobiety, ale i mężczyźni kuszeni wdziękami krągłych bioder i ud.
Czy nasz kraj dojrzeje kiedyś do myśli, że kluczem do rozwoju jest nie płeć, kolor skóry, wyznanie, czy wzrost, tylko kompetencje, umiejętności? Wolałbym, żeby zamiast zwiększenia ilości pań na listach zwiększyć liczbę zawodowców, specjalistów z kompetencjami. A jeśli to niemożliwe, to choć niech będzie więcej szczęściarzy, bo na szczęście zawsze jest popyt.
wtorek, 9 czerwca 2009
Europoseł z "Zatoki Piratów"
Według nieoficjalnych jeszcze wyników głosowania do Europarlamentu, szwedzka Partia Piratów, sprzymierzeniec serwisu „The Pirate Bay”, uzyskała w głosowaniu około 7 proc. wszystkich głosów, co daje jej jeden mandat. Jakie to może mieć konsekwencje?
Młodzi Szwedzi zaczęli gremialnie zapisywać się do Partii Piratów po wyroku jaki zapadł w kwietniu tego roku przeciw twórcom serwisu The Pirate Bay”. W ciągu kilku miesięcy partia zyskała kilkadziesiąt tysięcy członków. Siłą partii są ludzie młodzi, do 30. roku życia. To oni właśnie nie zgadzają się z obecnym restrykcyjnym prawodawstwem dotyczącym praw autorskich. Partia Piratów błyskawicznie postanowiła wykorzystać poparcie i wystartowała do właśnie zakończonych eurowyborów.
Od strony politycznej jeden głos w Europarlamencie liczącym 785 posłów znaczy niewiele. Jednak ten mandat ma ogromne znaczenie psychologiczne. Partia Piratów udowodniła, że potrafi działać sprawnie, zdecydowanie i równocześnie skutecznie. Sukces jest tym większy, że kilka lat temu, gdy partia powstawała nikt nie wróżył jej długiego żywota. Teraz, gdy PP weszła na polityczne salony trzeba będzie się z nią liczyć.
Młodzi Szwedzi zaczęli gremialnie zapisywać się do Partii Piratów po wyroku jaki zapadł w kwietniu tego roku przeciw twórcom serwisu The Pirate Bay”. W ciągu kilku miesięcy partia zyskała kilkadziesiąt tysięcy członków. Siłą partii są ludzie młodzi, do 30. roku życia. To oni właśnie nie zgadzają się z obecnym restrykcyjnym prawodawstwem dotyczącym praw autorskich. Partia Piratów błyskawicznie postanowiła wykorzystać poparcie i wystartowała do właśnie zakończonych eurowyborów.
Od strony politycznej jeden głos w Europarlamencie liczącym 785 posłów znaczy niewiele. Jednak ten mandat ma ogromne znaczenie psychologiczne. Partia Piratów udowodniła, że potrafi działać sprawnie, zdecydowanie i równocześnie skutecznie. Sukces jest tym większy, że kilka lat temu, gdy partia powstawała nikt nie wróżył jej długiego żywota. Teraz, gdy PP weszła na polityczne salony trzeba będzie się z nią liczyć.
poniedziałek, 18 maja 2009
"Dlaczego rozstrzelali Stanisławów" - no właśnie, dlaczego?
Martin Pollack w swojej książce zabiera nas w podróż po Europie XX wieku, w chwile gdy historia decydowała o tym, jak potoczą się losy jej mieszkańców. Pryzmatem przez który patrzy autor jest zwykły człowiek i to właśnie jego los interesuje go najbardziej.
Od razu zdradzam – nie dowiadujemy się dlaczego rozstrzelano tytułowych Stanisławów. Pytanie o ich śmierć, zdawałoby się bezsensowną, ma podobny sens jak pytanie o to, czy pierwsza była kura, czy jajo. Odpowiedź ma tu znaczenie drugorzędne, najważniejsze są poszukiwania. Taka jest właśnie cała książka, zachęca do zamyślenia się.
Pollack w swoich reportażach opowiada losy ludzi. Nie są to jednak historie ich życia, można by powiedzieć – odwrotnie, są to opowieści o tym jak historia wpływa na losy człowieka, który trafia w jej żarna. Pollack wynajduje w swoich podróżach przez czas i przestrzeń jakieś zdarzenie, malutki moment historii i obudowuje go losami ludzi którzy w nim uczestniczyli. Kilkoma zgrabnymi ruchami pióra ukazuje nam jaki wpływ opisywane zdarzenie wywiera na jego uczestników. Zarówno głównych bohaterów wydarzenia, jak i na jego świadków.
Wspomnienia uczestników wydarzeń, często nadgryzione zębem minionego czasu, odnalezione przypadkiem zdjęcia, stają się kamykami mozaiki, którą autor układa przed czytelnikiem. Mozaiki często niepełnej, niedokładnie ułożonej, ale przecież przez to właśnie ciekawszej, barwniejszej. Mozaiki niedokończonej, ale mimo to pełnej treści, prawdziwej, jak prawdziwe są ludzkie historie w niej zawarte. Być może brakuje w niej części elementów, ale nie w mniej kamyków zbędnych, bądź niepasujących.
Pollack swoje historie opowiada prostym, ale wciągającym językiem. Widać, że losy ludzi o których pisze nie są mu obojętne, przeżywa je wraz z nimi. Nie jest tylko bezdusznym obserwatorem wydarzeń, jest równocześnie ich emocjonalnym uczestnikiem. Dzięki niemu opowieści te ożywają na nowo, wyblakłe wspomnienia znów nabierają kolorów i treści. Dzięki wrażliwości i talentowi Pollack potrafił udowodnić, że historia nie jest suchą, zimną opowieścią o przeszłości, ale żywą nauką na przyszłość.
Od razu zdradzam – nie dowiadujemy się dlaczego rozstrzelano tytułowych Stanisławów. Pytanie o ich śmierć, zdawałoby się bezsensowną, ma podobny sens jak pytanie o to, czy pierwsza była kura, czy jajo. Odpowiedź ma tu znaczenie drugorzędne, najważniejsze są poszukiwania. Taka jest właśnie cała książka, zachęca do zamyślenia się.
Pollack w swoich reportażach opowiada losy ludzi. Nie są to jednak historie ich życia, można by powiedzieć – odwrotnie, są to opowieści o tym jak historia wpływa na losy człowieka, który trafia w jej żarna. Pollack wynajduje w swoich podróżach przez czas i przestrzeń jakieś zdarzenie, malutki moment historii i obudowuje go losami ludzi którzy w nim uczestniczyli. Kilkoma zgrabnymi ruchami pióra ukazuje nam jaki wpływ opisywane zdarzenie wywiera na jego uczestników. Zarówno głównych bohaterów wydarzenia, jak i na jego świadków.
Wspomnienia uczestników wydarzeń, często nadgryzione zębem minionego czasu, odnalezione przypadkiem zdjęcia, stają się kamykami mozaiki, którą autor układa przed czytelnikiem. Mozaiki często niepełnej, niedokładnie ułożonej, ale przecież przez to właśnie ciekawszej, barwniejszej. Mozaiki niedokończonej, ale mimo to pełnej treści, prawdziwej, jak prawdziwe są ludzkie historie w niej zawarte. Być może brakuje w niej części elementów, ale nie w mniej kamyków zbędnych, bądź niepasujących.
Pollack swoje historie opowiada prostym, ale wciągającym językiem. Widać, że losy ludzi o których pisze nie są mu obojętne, przeżywa je wraz z nimi. Nie jest tylko bezdusznym obserwatorem wydarzeń, jest równocześnie ich emocjonalnym uczestnikiem. Dzięki niemu opowieści te ożywają na nowo, wyblakłe wspomnienia znów nabierają kolorów i treści. Dzięki wrażliwości i talentowi Pollack potrafił udowodnić, że historia nie jest suchą, zimną opowieścią o przeszłości, ale żywą nauką na przyszłość.
środa, 22 kwietnia 2009
Wolność słowa? Tylko prywatnie
Miss Kalifornii, podobno pewniak do korony Miss USA, straciła szansę na zdobycie tytułu… bo powiedziała szczerze to co myśli. Jak donosi serwis internetowy TVN24 , finalistka Carrie Prejean na pytanie co sądzi o małżeństwach gejów i lesbijek odpowiedziała: „Żyjemy w kraju, gdzie można wybrać między małżeństwem między mężczyzną a kobietą, a między osobami tej samej płci. Osobiście wierzę, że małżeństwo to związek między mężczyzną a kobietą„. Okazuje się, że szczerość nie popłaca. Zgromadzona na widowni publiczność zareagowała „buczeniem” (określenie TVN24), również prowadzący konkurs wyrazili swoje niezadowolenie z jej wypowiedzi. Być może ta szczerość spowodowała, że korona Miss USA powędrowała w ręce Kristen Dalton.
Cóż z tego wynika? Moim zdaniem tyle, że polityczna poprawność wymknęła się już spod kontroli (przykład panny Prejean to tylko szczyt góry lodowej) i teraz trzyma rękę na ustach tak szumnie głoszonej oficjalnie (gwarantowanej konstytucją) wolności słowa. Czy, gdyby jakiś słynny gej powiedział, że małżeństwa heteroseksualne nie mają racji bytu opinia publiczna „buczałaby” równie głośno? Śmiem wątpić. Raczej przemilczałaby taką wypowiedź i przeszła nad nią do porządku. W końcu wszyscy ludzie są równi. Tylko, że niektórzy są równiejsi.
Cóż z tego wynika? Moim zdaniem tyle, że polityczna poprawność wymknęła się już spod kontroli (przykład panny Prejean to tylko szczyt góry lodowej) i teraz trzyma rękę na ustach tak szumnie głoszonej oficjalnie (gwarantowanej konstytucją) wolności słowa. Czy, gdyby jakiś słynny gej powiedział, że małżeństwa heteroseksualne nie mają racji bytu opinia publiczna „buczałaby” równie głośno? Śmiem wątpić. Raczej przemilczałaby taką wypowiedź i przeszła nad nią do porządku. W końcu wszyscy ludzie są równi. Tylko, że niektórzy są równiejsi.
sobota, 18 kwietnia 2009
Zatoka Piratów w opałach
Twórcy serwisu „Pirate Bay” (Gottfrid Svartholm Warg, Peter Sunde, Fredrik Neij i Carl Lundstrom) umożliwiającego internautom swobodną wymianę plików, w tym materiałów chronionych prawem autorskim, zostali skazani na rok więzienia. Oprócz ograniczenia wolności sąd nakazał im wypłacenie 30 mln koron (czyli ponad 3,5 mln dolarów amerykańskich) firmom, których prawa zostały naruszone (źródło).
Podstawą wyroku skazującego był zarzut pomocy w naruszaniu praw autorskich. Skazani nie przyznają się do winy i twierdzą, że niezależnie od decyzji sądu, serwis wciąż będzie funkcjonował. Tymczasem organizacja Business Software Alliance (BSA) chroniąca interesy koncernów branży rozrywkowej wydała oświadczenie, w którym wyraziła swoje zadowolenie z treści sądowego wyroku. BSA liczy, że wyrok ten przełoży się na dalsze postępy w walcem z piractwem i będzie on ostrzeżeniem dla innych serwisów umożliwiających wymianę nielegalnych plików (źródło).
Opinie dotyczące swobodnej wymiany plików są podzielone. Powszechnie wiadomo, że codziennie miliony internautów wymieniają się plikami, których spory odsetek to treści chronione prawem. I choć koncerny medialne walczą z tym procederem to wśród samych artystów i twórców zdania są różne. Jak donosi serwis technonews.pl znany pisarz Paulo Coelho popiera taką działalność. W swojej wypowiedzi na którą powołuje się serwis stwierdził: „Uważam, że dzielenie się różnymi rzeczami leży w ludzkiej naturze – nie da się tego zablokować jakimiś przepisami. Od początku ludzkości czuliśmy potrzebę dzielenia się wszystkim – od żywności po sztukę. To część człowieczeństwa…”
Czy ten wyrok oznacza początek końca istnienia serwisu? Być może, ale raczej nie świadczy o końcu internetowego piractwa. Dowodem na to twierdzenie może być los serwisu Napster – niegdyś największego portalu umożliwiającego wymianę plików z muzyką metodą p2p. W wyniku procesów sądowych z wytwórniami fonograficznymi Napster ograniczył swoim użytkownikom wymianę plików muzycznych chronionych prawem. Obecnie w serwisie można ściągać muzykę za opłatą. Mimo upadku Napstera i przekształcenia go w internetowy sklep muzyczny, możliwość swobodnej wymiany plików nie umarła wraz z serwisem i obecnie jest jeszcze popularniejsza niż kilka lat temu. Następcy „Pirackiej Zatoki” już być może wyrastają…
Sami twórcy Pirate Bay nie spuszczają z tonu i jak donosi serwis internetowy RMF FM zapowiedzieli, że serwis będzie działał nadal: „Tak, jak we wszystkich dobrych filmach, bohaterowie przegrywają na początku, ale na końcu i tak czeka ich wielkie zwycięstwo. Tylko tego nauczył nas Hollywood„. Wyrok sądu nie kończy jeszcze procesu, gdyż obrońcy skazanych zapowiedzieli apelację.
Podstawą wyroku skazującego był zarzut pomocy w naruszaniu praw autorskich. Skazani nie przyznają się do winy i twierdzą, że niezależnie od decyzji sądu, serwis wciąż będzie funkcjonował. Tymczasem organizacja Business Software Alliance (BSA) chroniąca interesy koncernów branży rozrywkowej wydała oświadczenie, w którym wyraziła swoje zadowolenie z treści sądowego wyroku. BSA liczy, że wyrok ten przełoży się na dalsze postępy w walcem z piractwem i będzie on ostrzeżeniem dla innych serwisów umożliwiających wymianę nielegalnych plików (źródło).
Opinie dotyczące swobodnej wymiany plików są podzielone. Powszechnie wiadomo, że codziennie miliony internautów wymieniają się plikami, których spory odsetek to treści chronione prawem. I choć koncerny medialne walczą z tym procederem to wśród samych artystów i twórców zdania są różne. Jak donosi serwis technonews.pl znany pisarz Paulo Coelho popiera taką działalność. W swojej wypowiedzi na którą powołuje się serwis stwierdził: „Uważam, że dzielenie się różnymi rzeczami leży w ludzkiej naturze – nie da się tego zablokować jakimiś przepisami. Od początku ludzkości czuliśmy potrzebę dzielenia się wszystkim – od żywności po sztukę. To część człowieczeństwa…”
Czy ten wyrok oznacza początek końca istnienia serwisu? Być może, ale raczej nie świadczy o końcu internetowego piractwa. Dowodem na to twierdzenie może być los serwisu Napster – niegdyś największego portalu umożliwiającego wymianę plików z muzyką metodą p2p. W wyniku procesów sądowych z wytwórniami fonograficznymi Napster ograniczył swoim użytkownikom wymianę plików muzycznych chronionych prawem. Obecnie w serwisie można ściągać muzykę za opłatą. Mimo upadku Napstera i przekształcenia go w internetowy sklep muzyczny, możliwość swobodnej wymiany plików nie umarła wraz z serwisem i obecnie jest jeszcze popularniejsza niż kilka lat temu. Następcy „Pirackiej Zatoki” już być może wyrastają…
Sami twórcy Pirate Bay nie spuszczają z tonu i jak donosi serwis internetowy RMF FM zapowiedzieli, że serwis będzie działał nadal: „Tak, jak we wszystkich dobrych filmach, bohaterowie przegrywają na początku, ale na końcu i tak czeka ich wielkie zwycięstwo. Tylko tego nauczył nas Hollywood„. Wyrok sądu nie kończy jeszcze procesu, gdyż obrońcy skazanych zapowiedzieli apelację.
wtorek, 14 kwietnia 2009
Superjedynki - "Kto się tam pokazuje tego ja nie szanuję"
Superjedynki są plebiscytem muzycznym organizowanym w Opolu od 2000 roku. Muzycy nagradzani są za osiągnięcia minionych dwunastu miesięcy. Czym się różni wydanie AD 2009 od poprzednich? Po pierwsze, w tym roku wśród nominowanych pojawiło się kilka zespołów rockowych (przy dotychczasowej dominacji popu). Po wtóre, najpewniejsi kandydaci do nagrody ogłosili bojkot plebiscytu.
Jak doniosły media tuż przed Wielkanocą, Grabaż – lider zespołu Strachy Na Lachy zażądał usunięcia kandydatury zespołu ze wszystkich kategorii, do których był nominowany. W swoim oświadczeniu wyjaśnia: „Jako zespół nie chcemy swoją twórczością, nazwą i czymkolwiek innym – związanym z nami – w jakikolwiek sposób być kojarzeni z obecną ekipą dowodzącą państwową telewizją„. Strachy Na Lachy nominowane były za płytę „Zakazane piosenki” wydaną we wrześniu 2008 roku.
Tuż po bojkocie ogłoszonym przez Grabaża z plebiscytu wycofał się Kazik Staszewski. Znając jego niechęć do wszelkiego rodzaju konkursów, nagród i tym podobnych, decyzja ta nie może dziwić. W tekście oświadczenia opublikowanym na jego stronie www był mniej radykalny od Grabowskiego, krótko poprosił o wycofanie jego kandydatury z nominowanych kategorii.
Co na to fani? Tradycyjnie opinie są podzielone. Jedni chwalą muzyków za twardą postawę („kaczydella” w komentarzu pod informacją prasową pisze: „pomimo że nie lubię paczki Grabaża to brawa dla niego i dla Kazika również, bo w dzisiejszych czasach te nagrody nie są odzwierciedleniem dokonań muzycznych, chodzi o sukces medialny – w sam raz dla Dody czy Feela ;]„), inni z kolei wzruszają ramionami („Dziadziu Kaziku, a kogo dziś to obchodzi?” - pisze internauta „dwa pokolenia później”).
Czy bojkot plebiscytu coś zmieni? Śmiem wątpić. Superjedynki to potężna machina zarabiająca spore pieniądze i nie poruszy ją jeden czy dwa „wyboje” na jej drodze. W kolejce do wyróżnień w tym roku wciąż czekają znani muzycy: Maleńczuk, Nosowska, Voo Voo, Habakuk, czy Maria Peszek. Na razie nie wygląda na to, by któryś z tych muzyków miał się przyłączyć do bojkotujących. „Show must go on”.
Jak doniosły media tuż przed Wielkanocą, Grabaż – lider zespołu Strachy Na Lachy zażądał usunięcia kandydatury zespołu ze wszystkich kategorii, do których był nominowany. W swoim oświadczeniu wyjaśnia: „Jako zespół nie chcemy swoją twórczością, nazwą i czymkolwiek innym – związanym z nami – w jakikolwiek sposób być kojarzeni z obecną ekipą dowodzącą państwową telewizją„. Strachy Na Lachy nominowane były za płytę „Zakazane piosenki” wydaną we wrześniu 2008 roku.
Tuż po bojkocie ogłoszonym przez Grabaża z plebiscytu wycofał się Kazik Staszewski. Znając jego niechęć do wszelkiego rodzaju konkursów, nagród i tym podobnych, decyzja ta nie może dziwić. W tekście oświadczenia opublikowanym na jego stronie www był mniej radykalny od Grabowskiego, krótko poprosił o wycofanie jego kandydatury z nominowanych kategorii.
Co na to fani? Tradycyjnie opinie są podzielone. Jedni chwalą muzyków za twardą postawę („kaczydella” w komentarzu pod informacją prasową pisze: „pomimo że nie lubię paczki Grabaża to brawa dla niego i dla Kazika również, bo w dzisiejszych czasach te nagrody nie są odzwierciedleniem dokonań muzycznych, chodzi o sukces medialny – w sam raz dla Dody czy Feela ;]„), inni z kolei wzruszają ramionami („Dziadziu Kaziku, a kogo dziś to obchodzi?” - pisze internauta „dwa pokolenia później”).
Czy bojkot plebiscytu coś zmieni? Śmiem wątpić. Superjedynki to potężna machina zarabiająca spore pieniądze i nie poruszy ją jeden czy dwa „wyboje” na jej drodze. W kolejce do wyróżnień w tym roku wciąż czekają znani muzycy: Maleńczuk, Nosowska, Voo Voo, Habakuk, czy Maria Peszek. Na razie nie wygląda na to, by któryś z tych muzyków miał się przyłączyć do bojkotujących. „Show must go on”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)