Robert D. Kaplan poznawał Bałkany w gorących od wydarzeń latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku (przy czym książka powstała u schyłku lat osiemdziesiątych). Latach, gdy upadający komunizm stał się katalizatorem historycznych zmian w wielu państwach socjalistycznego bloku. Lata te odcisnęły również swoje płonące piętno na ziemi będącej stykiem (geograficznie jak i kulturowo) Azji i Europy, znanej jako Bałkany. Zafascynowany urokiem i historią tego regjonu Kaplan usiłował połączyć relacje z wydarzeń których był świadkiem z historią miejsc, które zobaczył. „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię” to zbiór pasjonujących, ale i przerażających reportaży historycznych przedstawiających wpływ historii na współczesne losy państw i ludzi.
Kaplan, mimo że w Polsce mało znany, jest autorem doświadczonym, to dziennikarz i publicysta, autor kilkunastu książek, współpracownik takich czasopism jak „The New York Times”, czy „The Washington Post”. Był korespondentem wojennym podczas wojny irańsko-irackiej, a także podczas radzieckiej inwazji na Afganistan. Podczas swoich dziennikarskich podróży trafił między innymi do Grecji, a Grecja to już Bałkany…
O tym, że Bałkany to tygiel narodowości, kultur, ras i religii wie każdy. Bałkany są regionem gdzie od zawsze mieszały się wpływy świata zachodniego z bajecznym i tajemniczym światem wschodu. Gdyby jednak spytać kogoś czym są Bałkany, obawiam się, że nie byłoby prostej odpowiedzi. To miejsce mało znane dla przeciętnego Polaka skupionego na własnej, nie prostej wszak rzeczywistości. Pewnie nikt nie potrafiłby wymienić krajów i regionów które ukrywają się pod terminem – Bałkany.Wspominano by pewnie byłą Jugosławię, Bośnię, Macedonię, ale kto by potrafił powiedzieć, że termin ten obejmuje choćby część Austrii, czy Turcji? Dlatego warto przeczytać tę książkę by poznać region Europy tak niedaleki, a zarazem tak odległy.
Dziennikarz zwiedzał Bałkany, oglądał ważne i nieważne dla historii miejsca, rozmawiał z ludźmi, poznawał ich historię. Z tych wszystkich opowieści namalował piórem zbiór felietonów historycznych próbując oddać czytelnikowi wszystkie swoje przeżycia i przemyślenia. Felietony na pozór chaotycznie rozrzucone wśród faktów, mitów, miejsc i legend, opowiadające zarówno o czasach dość już odległych jak i o historii najnowszej, w miarę lektury układają się w barwny, fascynujący, a zarazem przerażający świat pełen emocji, namiętności, okrucieństwa, wielkich czynów i ludzkich tragedii.
Wszytkie opowiedziane historie, mimo różnorodności i pozornej inności są całością i jako takie stanowią logiczny wywód o rzeczywistości tych miejsc i wydarzeń. Po lekturze wszystko to co widzieliśmy w telewizji i czytaliśmy w prasie podczas wojny w byłej Jugosławii nagle staje się zrozumiałe, wydarzenia układają się w całość, a niezrozumiałe dotąd wybuchy okrucieństwa zyskują wytłumaczenie. To zrozumienie to wielka zasługa książki Kaplana
Mimo zalet książki, autorowi nie udało się uniknąć wyrażania subiektywnych opinii. Często pozwala sobie na własne oceny opisywanych wydarzeń, dzieli się z czytelnikiem swoim punktem widzenia. Z jednej strony jest to ewidentne naruszenie zasady dziennikarskiego obiektywizmu, z drugiej jednak pozwala czytelnikowi bardziej emocjonalnie zapoznawać się z treścią książki. Dlatego warto nie traktować lektury jako stricte reportaży, lecz bardziej jako zapiski autora o zabarwieniu historyczno – podróżniczym.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Prywatyzacja szpitali, a sprawa polska
Podczas obecnie trwających wyborów prezydenckich jeden z kandydatów zarzucił drugiemu, że ony chciałby prywatyzować szpitale. Kwestia okazała się tak paląca, że „oskarżony” podał do sądu w trybie wyborczym oskarżającego. Prywatyzowanie szpitali okazuje się tak wielkim złem, że wstyd się do tego przyznać. Gorzej, ktoś kto zaproponowałby na poważnie takie rozwiązanie staje się niegodnym zaufania, wręcz mającym zamiar szkodzić Narodowi. Można więc z tych zachowań wywnioskować, że polskie szpitale są w kwitnącym stanie, zaś pacjent jest tam najwyższym dobrem. Tylko, że ja chyba w takim razie żyję w jakiejś gorszej Polsce…
Pozwolę sobie przytoczyć historię, której całkiem niedawno byłem świadkiem, ba, czynnym uczestnikiem. Opowieść, choć prawdziwa, niewątpliwie jest subiektywna, a zarazem jest przykładem jednostkowym i niewymiernym, jestem tego w pełni świadom. Dodatkowo ja, jako autor tego tekstu z góry zastrzegam, że jestem zwolennikiem prywatyzacji. Proponowałbym, aby każdy kto ma ochotę w komentarzach opowiedział swoje doświadczenia ze służbą zdrowia, wspaniale by było gdyby wychwalały skuteczność państwowych szpitali, a ganiły nieudolność prywatnych – bo moja opowieść jest całkiem odmienna…
A było to tak… Jakiś czas temu moja ciocia, kobieta doświadczona życiem, ale mimo to pełna życzliwości do świata, zaczęła odczuwać bardzo silny ból biodra. Ból był tak intensywny, że praktycznie nie pozwalał się poruszać, zaś dolegliwości nie ustępowały nawet podczas leżenia. Nie było innej rady i trzeba było jechać na ostry dyżur. W szpitalu przyjęto nas gościnnie jak zwykle, kilku palących papierosy sanitariuszy życzliwie przyglądało się jak ciągnę wspierającą się o kuli kobietę, gdyż nie dało się samochodem bezpośrednio podjechać pod sam szpital.
Po standardowym czasie oczekiwania w poczekalni ciocia została przyjęta na oddział chirurgii urazowej. Naiwnością byłoby wierzyć jednak, że sprawa jest załatwiona i wszystko będzie dobrze. Przez dwa tygodnie udało się wykonać w szpitalu trzy (tak, aż trzy) badania, wliczając w to rentgena na izbie przyjęć w pierwszym dniu pobytu. Po upływie tego czasu lekarze znaleźli przyczynę dolegliwości i orzekli, że trzeba chorą wypisać do domu, gdyż dalsze leczenie będzie prowadził lekarz rodzinny. Przy czym zaznaczono, że uraz jest operacyjny, czyli nie da się tego wyleczyć farmakologicznie, czy w inny nieinwazyjny sposób. Oczywiście szpital może pomóc, przecie po to jest, może zoperować ciocię… za półtora roku, gdyż tyle się oczekuje na operację. Czyli, (nie wątpię, że z czystym sumieniem) zaordynowali, aby pacjent spokojnie i godnie cierpiał z bólu przez półtora roku, znosił niewygody, był zdany na łaskę i niełaskę rodziny, gdyż sam wokół siebie nic zrobić nie może!
Cóż było robić. Okazało się, że w okolicy jest sprywatyzowany szpital, który taki zabieg może wykonać. Tydzień później ciocia została przyjęta do szpitala, w ciągu doby wykonano wszystkie niezbędne badania, a następnie przeprowadzono operację. Trzy dni po zabiegu ciocia mogła się samodzielnie, choć wciąż ostrożnie i powoli poruszać i została wypisana do domu. Całość zajęła dokładnie cztery dni. A koszty? Otóż szpital miał podpisaną umowę z NFZ i żadnych dodatkowych kosztów nie ponieśliśmy.
To właśnie z powodu takich historii jestem zwolennikiem prywatyzacji. Bo chcę być leczony skutecznie i szybko. Wszystkim zwolennikom obecnej sytuacji życzę dużo zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze.
Pozwolę sobie przytoczyć historię, której całkiem niedawno byłem świadkiem, ba, czynnym uczestnikiem. Opowieść, choć prawdziwa, niewątpliwie jest subiektywna, a zarazem jest przykładem jednostkowym i niewymiernym, jestem tego w pełni świadom. Dodatkowo ja, jako autor tego tekstu z góry zastrzegam, że jestem zwolennikiem prywatyzacji. Proponowałbym, aby każdy kto ma ochotę w komentarzach opowiedział swoje doświadczenia ze służbą zdrowia, wspaniale by było gdyby wychwalały skuteczność państwowych szpitali, a ganiły nieudolność prywatnych – bo moja opowieść jest całkiem odmienna…
A było to tak… Jakiś czas temu moja ciocia, kobieta doświadczona życiem, ale mimo to pełna życzliwości do świata, zaczęła odczuwać bardzo silny ból biodra. Ból był tak intensywny, że praktycznie nie pozwalał się poruszać, zaś dolegliwości nie ustępowały nawet podczas leżenia. Nie było innej rady i trzeba było jechać na ostry dyżur. W szpitalu przyjęto nas gościnnie jak zwykle, kilku palących papierosy sanitariuszy życzliwie przyglądało się jak ciągnę wspierającą się o kuli kobietę, gdyż nie dało się samochodem bezpośrednio podjechać pod sam szpital.
Po standardowym czasie oczekiwania w poczekalni ciocia została przyjęta na oddział chirurgii urazowej. Naiwnością byłoby wierzyć jednak, że sprawa jest załatwiona i wszystko będzie dobrze. Przez dwa tygodnie udało się wykonać w szpitalu trzy (tak, aż trzy) badania, wliczając w to rentgena na izbie przyjęć w pierwszym dniu pobytu. Po upływie tego czasu lekarze znaleźli przyczynę dolegliwości i orzekli, że trzeba chorą wypisać do domu, gdyż dalsze leczenie będzie prowadził lekarz rodzinny. Przy czym zaznaczono, że uraz jest operacyjny, czyli nie da się tego wyleczyć farmakologicznie, czy w inny nieinwazyjny sposób. Oczywiście szpital może pomóc, przecie po to jest, może zoperować ciocię… za półtora roku, gdyż tyle się oczekuje na operację. Czyli, (nie wątpię, że z czystym sumieniem) zaordynowali, aby pacjent spokojnie i godnie cierpiał z bólu przez półtora roku, znosił niewygody, był zdany na łaskę i niełaskę rodziny, gdyż sam wokół siebie nic zrobić nie może!
Cóż było robić. Okazało się, że w okolicy jest sprywatyzowany szpital, który taki zabieg może wykonać. Tydzień później ciocia została przyjęta do szpitala, w ciągu doby wykonano wszystkie niezbędne badania, a następnie przeprowadzono operację. Trzy dni po zabiegu ciocia mogła się samodzielnie, choć wciąż ostrożnie i powoli poruszać i została wypisana do domu. Całość zajęła dokładnie cztery dni. A koszty? Otóż szpital miał podpisaną umowę z NFZ i żadnych dodatkowych kosztów nie ponieśliśmy.
To właśnie z powodu takich historii jestem zwolennikiem prywatyzacji. Bo chcę być leczony skutecznie i szybko. Wszystkim zwolennikom obecnej sytuacji życzę dużo zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze.
czwartek, 22 kwietnia 2010
Co na to RPO?
10 kwietnia spotkał Polskę cios, gdy w katastrofie prezydenckiego samolotu zginęło kilkudziesięciu naszych rodaków, w tym Prezydent oraz wielu parlamentarzystów. Jest to wielka tragedia, przede wszystkim osobista dla członków rodzin zmarłych, z których część, jak donosi prasa, została bez środków do życia.
Pan Premier pochylił się nad tym problemem i przyznał wszystkim rodzinom, które utraciły w tej katastrofie bliskich zapomogi, a także renty. To piękny gest ze strony Pana Premiera, ale… czy sprawiedliwy? W Polsce ludzie giną codziennie, rodziny tracą swoich bliskich, ale nie spotykają się ze wsparciem Rządu. Tysiące ludzi żyje na granicy nędzy, a nawet poza nią, setki tysięcy Polaków musi liczyć każdą złotówkę, aby dociągnąć do przysłowiowego „pierwszego”. Czy oni mają szansę na podobną hojność ze strony władz Państwa?
Skoro Konstytucja RP zakłada równość wszystkich Polaków, to czy nie byłoby prawem analogii sprawiedliwie, aby wszystkie rodziny poszkodowane przez los jakąś tragedią dostawały od Państwa wsparcie finansowe? Czy następca Pana Kochanowskiego, który również zginął w katastrofie, ujmie się za tysiącami rodzin, które po stracie najbliższych są w krytycznej sytuacji, a nie są wspierane przez Państwo?
Dlaczego rodziny zmarłych tragicznie parlamentarzystów oraz osób, które zginęły wraz z nimi są traktowane lepiej niż rodzina przeciętnego Polaka? Dlaczego mimo konstytucyjnych zapisów w Polsce wciąż są równi i równiejsi, a podział ten jest oficjalnie wspierany przez władze kraju?
czwartek, 21 stycznia 2010
Korpus wrażliwych twardzieli
W 2008 roku HBO wyprodukowała mini-serial o inwazji na Irak w 2003 roku. Rzecz widziana jest oczami żołnierzy plutonu marines, zwanych z polska piechotą morską. Serial powstał na podstawie książki Evana Wrighta.
Jako, że tematyka wojny w filmie odrobinę mnie interesuje pozwoliłem sobie obejrzeć tą produkcję. Przyznaję, że po obejrzeniu wszystkich siedmiu odcinków zostałem trochę zaskoczony. Obraz marines, bądź co bądź elitarnej jednostki, szczycącej się chlubną historią, złagodniał dziś bardzo. Ci, którzy pamiętają „Full Metal Jacket” Kubricka pewnie zrozumieją o czym piszę.
Kubrick w swoim filmie ukazał Korpus piechoty morskiej jako twardzieli, gdzie jednostka nie ma znaczenia liczy się dobro Korpusu i cele jakie ma osiągnąć. W filmie Kubricka produkowano po prostu maszyny do zabijania, ludzi którzy są dumni z tego że potrafią zabijać i robią to dobrze.
Tymczasem marines AD 2008 (data produkcji serialu) są grupą twardzieli, owszem, ale wrażliwych. Nie klną (pamiętacie teksty sierżanta z FMJ? – „Bóg kocha piechotę morską bo zabijamy wszystko co widzimy” – z tych cenzuralnych), pomagają rannym dzieciom („wzruszająca” scena, gdy prości żołnierze wstawiają się za odtransportowaniem do bazy ciężko rannego irackiego chłopca), czy pomagają uciekającym cywilom przenosić dobytek. Nawet wrzeszczący na wszystkich sierżant, mimo, że stara się być upierdliwy (w końcu jak świat światem sierżanci tacy są) w praktyce jest nieszkodliwy, nie zauważyłem, aby ukarał kogokolwiek przysłowiowym „czyszczeniem latryny szczoteczką do zębów”.
Owszem, są ludzie jak kapral Trombley, który martwi się, że inwazja trwa już kilka dni, a on nikogo nie zabił, czy biegający po Iraku z kałasznikowem „Kapitan Ameryka”, ale są to raczej osobne przypadki, niż typowy przykład żołnierza marines. Zresztą nawet Trombley, mimo, że ciekawy wojny (jako jedyny nie chowa się pod ostrzałem tylko lustruje okolicę) jest tu uosobieniem spokoju i rozwagi w porównaniu z (np.) „Kowbojem” z FMJ.
Co ciekawe, przeciętny żołnierz jest w serialu przedstawiany raczej jako człowiek rozsądny i wrażliwy, nieczuli są dowódcy wyższego stopnia, mający swoje ambicje, starający się zdobyć na wojnie awanse, przypodobać się przełożonym, nawet kosztem ostrzelania własnych pozycji, czy zbombardowania piachu na pustyni.
Sama wojna jest w serialu bardziej wycieczką niż walką o przetrwanie. Amerykanie dysponują przewagą ludzi oraz sprzętu, wśród wojsk Saddama panuje chaos, do tego stopnia, że marines bez wsparcia ciężkiego sprzętu zdobywają lotnisko bronione przez czołgi. Żołnierze nie poruszają się już piechotą, ale szybko przemieszczają się Hammerami po irackich drogach. Sporadycznie biorą udział w jakiejś akcji, ale większość czasu spędzają w swoich autach przyglądając się jak turyści otaczającemu ich coraz większemu wojennemu chaosowi. Wrażenie wojskowej turystyki zwiększają dodatkowo sceny w których żołnierze robią sobie zdjęcia, czy kręcą filmy z tego co robią.
W całym filmie brak (moim zdaniem) charakterystycznych, „żywych” postaci z krwi i kości, które budowałyby klimat filmu. Owszem, jest wspomniany już „etatowy świr” wśród oficerów, czyli „Kapitan Ameryka”, jest „killer” kapral Trombley, jest „Iceman” sierżant Colbert, będący ostoją rozsądku i jeszcze kilka innych postaci, ale niestety brak w scenariuszu ciekawych pomysłów na budowę postaci. W filmie pojawia się polski akcent, w roli kaprala Hassera pojawia się Paweł Szajda znany u nas z „Tataraku” Wajdy.
Czy warto obejrzeć tą produkcję? Moim zdaniem tak. Możemy się przekonać jak dziś wygląda wojna oczami przeciętnego żołnierza. Jak wiele zmieniło się technologicznie i jak niewiele w ludzkiej psychice.
Jako, że tematyka wojny w filmie odrobinę mnie interesuje pozwoliłem sobie obejrzeć tą produkcję. Przyznaję, że po obejrzeniu wszystkich siedmiu odcinków zostałem trochę zaskoczony. Obraz marines, bądź co bądź elitarnej jednostki, szczycącej się chlubną historią, złagodniał dziś bardzo. Ci, którzy pamiętają „Full Metal Jacket” Kubricka pewnie zrozumieją o czym piszę.
Kubrick w swoim filmie ukazał Korpus piechoty morskiej jako twardzieli, gdzie jednostka nie ma znaczenia liczy się dobro Korpusu i cele jakie ma osiągnąć. W filmie Kubricka produkowano po prostu maszyny do zabijania, ludzi którzy są dumni z tego że potrafią zabijać i robią to dobrze.
Tymczasem marines AD 2008 (data produkcji serialu) są grupą twardzieli, owszem, ale wrażliwych. Nie klną (pamiętacie teksty sierżanta z FMJ? – „Bóg kocha piechotę morską bo zabijamy wszystko co widzimy” – z tych cenzuralnych), pomagają rannym dzieciom („wzruszająca” scena, gdy prości żołnierze wstawiają się za odtransportowaniem do bazy ciężko rannego irackiego chłopca), czy pomagają uciekającym cywilom przenosić dobytek. Nawet wrzeszczący na wszystkich sierżant, mimo, że stara się być upierdliwy (w końcu jak świat światem sierżanci tacy są) w praktyce jest nieszkodliwy, nie zauważyłem, aby ukarał kogokolwiek przysłowiowym „czyszczeniem latryny szczoteczką do zębów”.
Owszem, są ludzie jak kapral Trombley, który martwi się, że inwazja trwa już kilka dni, a on nikogo nie zabił, czy biegający po Iraku z kałasznikowem „Kapitan Ameryka”, ale są to raczej osobne przypadki, niż typowy przykład żołnierza marines. Zresztą nawet Trombley, mimo, że ciekawy wojny (jako jedyny nie chowa się pod ostrzałem tylko lustruje okolicę) jest tu uosobieniem spokoju i rozwagi w porównaniu z (np.) „Kowbojem” z FMJ.
Co ciekawe, przeciętny żołnierz jest w serialu przedstawiany raczej jako człowiek rozsądny i wrażliwy, nieczuli są dowódcy wyższego stopnia, mający swoje ambicje, starający się zdobyć na wojnie awanse, przypodobać się przełożonym, nawet kosztem ostrzelania własnych pozycji, czy zbombardowania piachu na pustyni.
Sama wojna jest w serialu bardziej wycieczką niż walką o przetrwanie. Amerykanie dysponują przewagą ludzi oraz sprzętu, wśród wojsk Saddama panuje chaos, do tego stopnia, że marines bez wsparcia ciężkiego sprzętu zdobywają lotnisko bronione przez czołgi. Żołnierze nie poruszają się już piechotą, ale szybko przemieszczają się Hammerami po irackich drogach. Sporadycznie biorą udział w jakiejś akcji, ale większość czasu spędzają w swoich autach przyglądając się jak turyści otaczającemu ich coraz większemu wojennemu chaosowi. Wrażenie wojskowej turystyki zwiększają dodatkowo sceny w których żołnierze robią sobie zdjęcia, czy kręcą filmy z tego co robią.
W całym filmie brak (moim zdaniem) charakterystycznych, „żywych” postaci z krwi i kości, które budowałyby klimat filmu. Owszem, jest wspomniany już „etatowy świr” wśród oficerów, czyli „Kapitan Ameryka”, jest „killer” kapral Trombley, jest „Iceman” sierżant Colbert, będący ostoją rozsądku i jeszcze kilka innych postaci, ale niestety brak w scenariuszu ciekawych pomysłów na budowę postaci. W filmie pojawia się polski akcent, w roli kaprala Hassera pojawia się Paweł Szajda znany u nas z „Tataraku” Wajdy.
Czy warto obejrzeć tą produkcję? Moim zdaniem tak. Możemy się przekonać jak dziś wygląda wojna oczami przeciętnego żołnierza. Jak wiele zmieniło się technologicznie i jak niewiele w ludzkiej psychice.
niedziela, 20 grudnia 2009
Już nie tak "Zły porucznik"
W 1992 roku Abel Ferrara wyreżyserował film pt. „Zły porucznik”, rzecz mroczną, zagłębiającą się w meandry ludzkiej duszy, bez prostych odpowiedzi, opowiadającą o upadku wartości. W filmie tytułową rolę „złego porucznika” zagrał Harvey Kietel. Zagrał brawurowo, odważnie, bardzo sugestywnie, po prostu świetnie. W 2009 roku Werner Herzog podjął wyzwanie i zmierzył się jeszcze raz z tym pomysłem. Nie sposób więc uniknąć porównywania obu produkcji.
Obaj porucznicy, stary i nowy, są rzeczywiście źli, narkotyzują się, uprawiają hazard, nie karmią łabędzi w parku. Ferrara nie tłumaczy czemu taki jest jego bohater, jest jaki jest, widać za to, że stacza się po równi pochyłej i nie ma już (pozornie) odwrotu. Za to Herzog tłumaczy czemu „zły porucznik” jest zły, ma uszkodzony kręgosłup, który ciągle mu dolega. Dlatego ma napady złości, dlatego bierze narkotyki, dlatego pogrąża się coraz bardziej w problemach.
U Ferrary punktem zwrotnym jest gwałt na zakonnicy. Na przegniłym moralnie policjancie robi to szczególne wrażenie, nawet dla niego to profanacja świętości. Jeszcze większe wrażenie robi na nim zachowanie zakonnicy, która przebacza swoim krzywdzicielom, a nawet mimo, że wie kto ją zaatakował, nie chce ujawnić nazwisk. To tak bardzo wstrząsa psychiką gliny, że dokonuje się swego rodzaju przewartościowanie w jego życiu i nim dojdzie do tragicznego finału, dokona on jeszcze dobrego uczynku, być może pierwszego w swoim życiu.
U Herzoga z kolei gliniarz prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa kilkuosobowej rodziny. Staje się ono jego obsesją i dąży do wyjaśnienia sprawy wszelkimi możliwymi środkami. Szantażuje, torturuje, oszukuje, wszystko aby osiągnąć cel. Nie czuć jakichś głębokich przeżyć moralnych, to jego pierwsza duża sprawa i za wszelką cenę chce ją rozwiązać.
W nowej wersji tego obrazu główną rolę odgrywa Nicolas Cage. Trzeba przyznać, że jest to jedna z lepszych jego ról. Patrząc na niego wprost czuje się promieniujący z jego kręgosłupa ból, rozumie się jego napady złości, tłumaczy się jego każde prawie zachowanie. Cage z zaciśniętymi z bólu zębami, przegięty męką w nienaturalnej pozie, zmierza uparcie do swojego celu. Nawet, gdy torturuje staruszkę w jego twarzy jest więcej bólu niż okrucieństwa. Tymczasem porucznik Keitla jest przesiąknięty złem do szpiku kości. Gdy się denerwuje jego twarz wprost emanuje złością, okrucieństwem. Przemierza swój świat w poszukiwaniu narkotyków i tanich emocji miażdżąc na swej drodze każdą przeszkodę.
Jak więc wypadają oba filmy we wzajemnej konkurencji? Według mnie pierwowzór jest lepszy. Film Ferrary jest mroczny, nie tłumaczy nikogo, ani niczego, nie wyjaśnia przyczyn, pokazuje skutki. U Herzoga jest to typowa amerykańska produkcja, dodajmy – niestety – bo film ma zadatki na dobre kino. Niestety, bo nie umie się wyrwać z ramek narzuconych przez Hollywood. Tak więc reżyser tłumaczy, czemu „zły porucznik” jest zły – jest chory, ma uszkodzony kręgosłup, a uszkodził go ratując życie więźnia. Po takim wstępie łatwiej już akceptować jego postępowanie, o wiele łatwiej niż bohatera z filmu Ferrary, gdzie policjant był zły – bo był zły.
„Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans” nie ustrzegł się także jeszcze jednego – w mojej opinii – błędu. Happy ending. W tym filmie okazuje się, że zbrodnia popłaca. Glina torturuje, przegrywa pieniądze, narkotyzuje się, zabija i w finale dostaje awans, a współczesny odpowiednik Marii Magdaleny zostaje matką jego dziecka. Cel uświęca środki? Po seansie filmu Herzoga można by tak sądzić.
Obaj porucznicy, stary i nowy, są rzeczywiście źli, narkotyzują się, uprawiają hazard, nie karmią łabędzi w parku. Ferrara nie tłumaczy czemu taki jest jego bohater, jest jaki jest, widać za to, że stacza się po równi pochyłej i nie ma już (pozornie) odwrotu. Za to Herzog tłumaczy czemu „zły porucznik” jest zły, ma uszkodzony kręgosłup, który ciągle mu dolega. Dlatego ma napady złości, dlatego bierze narkotyki, dlatego pogrąża się coraz bardziej w problemach.
U Ferrary punktem zwrotnym jest gwałt na zakonnicy. Na przegniłym moralnie policjancie robi to szczególne wrażenie, nawet dla niego to profanacja świętości. Jeszcze większe wrażenie robi na nim zachowanie zakonnicy, która przebacza swoim krzywdzicielom, a nawet mimo, że wie kto ją zaatakował, nie chce ujawnić nazwisk. To tak bardzo wstrząsa psychiką gliny, że dokonuje się swego rodzaju przewartościowanie w jego życiu i nim dojdzie do tragicznego finału, dokona on jeszcze dobrego uczynku, być może pierwszego w swoim życiu.
U Herzoga z kolei gliniarz prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa kilkuosobowej rodziny. Staje się ono jego obsesją i dąży do wyjaśnienia sprawy wszelkimi możliwymi środkami. Szantażuje, torturuje, oszukuje, wszystko aby osiągnąć cel. Nie czuć jakichś głębokich przeżyć moralnych, to jego pierwsza duża sprawa i za wszelką cenę chce ją rozwiązać.
W nowej wersji tego obrazu główną rolę odgrywa Nicolas Cage. Trzeba przyznać, że jest to jedna z lepszych jego ról. Patrząc na niego wprost czuje się promieniujący z jego kręgosłupa ból, rozumie się jego napady złości, tłumaczy się jego każde prawie zachowanie. Cage z zaciśniętymi z bólu zębami, przegięty męką w nienaturalnej pozie, zmierza uparcie do swojego celu. Nawet, gdy torturuje staruszkę w jego twarzy jest więcej bólu niż okrucieństwa. Tymczasem porucznik Keitla jest przesiąknięty złem do szpiku kości. Gdy się denerwuje jego twarz wprost emanuje złością, okrucieństwem. Przemierza swój świat w poszukiwaniu narkotyków i tanich emocji miażdżąc na swej drodze każdą przeszkodę.
Jak więc wypadają oba filmy we wzajemnej konkurencji? Według mnie pierwowzór jest lepszy. Film Ferrary jest mroczny, nie tłumaczy nikogo, ani niczego, nie wyjaśnia przyczyn, pokazuje skutki. U Herzoga jest to typowa amerykańska produkcja, dodajmy – niestety – bo film ma zadatki na dobre kino. Niestety, bo nie umie się wyrwać z ramek narzuconych przez Hollywood. Tak więc reżyser tłumaczy, czemu „zły porucznik” jest zły – jest chory, ma uszkodzony kręgosłup, a uszkodził go ratując życie więźnia. Po takim wstępie łatwiej już akceptować jego postępowanie, o wiele łatwiej niż bohatera z filmu Ferrary, gdzie policjant był zły – bo był zły.
„Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans” nie ustrzegł się także jeszcze jednego – w mojej opinii – błędu. Happy ending. W tym filmie okazuje się, że zbrodnia popłaca. Glina torturuje, przegrywa pieniądze, narkotyzuje się, zabija i w finale dostaje awans, a współczesny odpowiednik Marii Magdaleny zostaje matką jego dziecka. Cel uświęca środki? Po seansie filmu Herzoga można by tak sądzić.
niedziela, 11 października 2009
Barrack "Zaliczka" Obama
Komitet Noblowski ku zaskoczeniu całego świata przyznał tegoroczną pokojową Nagrodę Nobla Prezydentowi USA Barrackowi Obamie. Za co? W uzasadnieniu Komitet pisze m.in.: „za umocnienie międzynarodowej dyplomacji”, „stworzenie nowego klimatu międzynarodowego”, itd. Czyli za co konkretnie?
Świat polityki zareagował na ten fakt pobłażliwie, przywódcy wielu krajów przesłali standardowe depesze gratulacyjne. Na forach internetowych użytkownicy sieci nie byli już tak życzliwi dla laureata. Pojawiły się uwagi, że to kpina (USA prowadzi obecnie kilka wojen), a nawet, że to dewaluacja Nagrody Nobla. „Nobel dla Obamy? Chyba za skończone studia” dobitnie mówi tytuł w Dzienniku. W sondzie przeprowadzonej przez portal WP.pl prawie 90 procent uczestników uznało, że Prezydent USA nie zasłużył na to wyróżnienie.
Wyróżnieniem chyba zaskoczony jest również Barrack Obama. Niewątpliwie będzie ona dla niego w najbliższym czasie bardziej „kulą u nogi” niż zasłużoną nagrodą. On sam ostrożnie stwierdził, że przyznana nagroda jest dla niego „zachętą do działania”. Czy będzie też motywacją do przyśpieszenia procesów pokojowych na Bliskim Wschodzie i zakończenia wojny w Afganistanie i Iraku?
Trzeba przyznać, że podczas wyboru laureata tegorocznej pokojowej Nagrody Nobla krążył duch Staszka Barei i zesłał im natchnienie. W genialnym serialu „Alternatywy 4″ członkowie zarządu spółdzielni wybierali nazwę dla nowej ulicy. Jako patron został zaproponowany porucznik Kazubek. Porucznik ów, jak wytłumaczyła szybko pani sekretarz „odznaczył się przy budowaniu zrębów i kładzeniu podwalin”. Potem „pracował na Koszykowej” (ówczesne UB), a następnie „przeniesiono go na Rakowiecką” (więzienie).
Świat polityki zareagował na ten fakt pobłażliwie, przywódcy wielu krajów przesłali standardowe depesze gratulacyjne. Na forach internetowych użytkownicy sieci nie byli już tak życzliwi dla laureata. Pojawiły się uwagi, że to kpina (USA prowadzi obecnie kilka wojen), a nawet, że to dewaluacja Nagrody Nobla. „Nobel dla Obamy? Chyba za skończone studia” dobitnie mówi tytuł w Dzienniku. W sondzie przeprowadzonej przez portal WP.pl prawie 90 procent uczestników uznało, że Prezydent USA nie zasłużył na to wyróżnienie.
Wyróżnieniem chyba zaskoczony jest również Barrack Obama. Niewątpliwie będzie ona dla niego w najbliższym czasie bardziej „kulą u nogi” niż zasłużoną nagrodą. On sam ostrożnie stwierdził, że przyznana nagroda jest dla niego „zachętą do działania”. Czy będzie też motywacją do przyśpieszenia procesów pokojowych na Bliskim Wschodzie i zakończenia wojny w Afganistanie i Iraku?
Trzeba przyznać, że podczas wyboru laureata tegorocznej pokojowej Nagrody Nobla krążył duch Staszka Barei i zesłał im natchnienie. W genialnym serialu „Alternatywy 4″ członkowie zarządu spółdzielni wybierali nazwę dla nowej ulicy. Jako patron został zaproponowany porucznik Kazubek. Porucznik ów, jak wytłumaczyła szybko pani sekretarz „odznaczył się przy budowaniu zrębów i kładzeniu podwalin”. Potem „pracował na Koszykowej” (ówczesne UB), a następnie „przeniesiono go na Rakowiecką” (więzienie).
poniedziałek, 28 września 2009
Free Polański
Przez media wielu krajów przetacza się właśnie dyskusja na temat aresztowania w Szwajcarii Romana Polańskiego. Jak już pewnie wszystkim wiadomo aresztowano go na podstawie listu gończego wystawionego przez Stany Zjednoczone ponad 30 lat temu. Polański poszukiwany jest za gwałt na 13-latce, obecnie ponad 40-letniej kobiecie.
Tyle wiadomo na pewno. Mniej lub bardziej pewne jest jednak, że nie był to gwałt w dosłownym rozumieniu tego słowa, czyli zmuszanie fizyczne, czy psychiczne do stosunku seksualnego. Małolata w końcu nie trafiła do willi Jacka Nicholsona przypadkiem. W relacji oskarżonego oraz osób przebywających w tym czasie w willi Jacka dziewczynka tam trafiła sprowadzona przez matkę na – oficjalnie – sesję fotograficzną. Podobno (bo wciąż poruszamy się w mętnej wodzie domysłów, zeznań świadków publikowanych przez prasę, itd) stosunki seksualne, które odbyła Samatha z Polańskim nie były jej pierwszymi kontaktami fizycznymi.
Dodatkowo, nieprzyjemnego smaczku tej historii dodaje fakt, że w roli rajfurki wystąpiła matka dziewczyny, pragnąca zapewnić jej start do kariery. Bo o ile jeszcze można wierzyć w naiwność dziecka, to matka musiała być wszystkiego w pełni świadoma. Sprawa nie jest więc ani prosta, ani jednoznaczna, ciężko tu stwierdzić kto jest czarnym, a kto białym charakterem.
Oczywiście sytuacja w której dziecko (bo 13-latka ewidentnie jest dzieckiem, choćby nie wiadomo jak była rozwinięta fizycznie) zostaje samo na noc w towarzystwie obcych, dorosłych mężczyzn w dość dwuznacznej sytuacji, w ogóle nie powinna się wydarzyć. Po prostu nie wyobrażam sobie bym zgodził się na taką sytuację jako rodzic. Sam Polański – czego nie ukrywał – wiedział o tym w jakim wieku jest dziewczyna i mimo wszystko odbył z nią stosunek płciowy. Takiej sytuacji również – jako mężczyzna sobie nie wyobrażam. Polański nie powinien swoich chuci zaspokajać w taki sposób.
Potrafię za to zrozumieć czemu Polański uciekł ze Stanów, w sytuacji nagonki medialnej, przy sędzim prowadzącym show zamiast rozprawy, po prostu nie wytrzymał nerwowo i uciekł. Oczywiście gdyby reżyser był odrobinę rozsądniejszy to nie musiałby przez trzy dekady uciekać przez karą. Gdyby w ogóle pomyślał to nie poszedłby do łóżka z dzieckiem, choćby dziewczyna go zachęcała. Gdyby już po ugodzie w sądzie zaczął myśleć to nie przerywałby wyznaczonego mu wyroku 90 dni więzienia i nie dałby się sfotografować w trakcie zabawy w towarzystwie młodych kobiet. Gdyby… pewnie tych „gdyby” można wymienić jeszcze sporo, a spełnienie choć jednego z nich dałoby Polańskiemu spokój.
Jakie więc konsekwencje poniósł Polański? Trzydzieści lat unikania amerykańskiego prawa na pewno pozostawia ślad na psychice. Mimo sławy, popularności i pieniędzy pewnie gdzieś w podświadomości wciąż czuje się on uciekinierem, banitą. W końcu od tego czasu nie udało mu się zrobić filmu na miarę „Chinatown”, czy „Dziecka Rosemary”, nigdy już nie osiągnął takiego poziomu reżyserskiego geniuszu. Nie, nie zapominam o Oskarze za „Pianistę”, to oczywiście dobry film, ale nie genialny, sprawne rzemiosło prowadzone mistrzowską ręką, ale nie ma w nim tego ziarnka geniuszu.
Podsumowując mój wywód, uważam że sprawę Polańskiego należy zakończyć definitywnie. I to – moim zdaniem – z korzyścią dla niego. W mojej opinii ukarał się sam za nie panowanie nad swoimi chuciami wobec nastoletniej lolitki. Ukarał się losem banity, obciął sobie skrzydła jako twórca, z mistrza sam zrobił z siebie wyśmienitego, ale jednak rzemieślnika. Dlatego powtarzam za wieloma: Free Polanski
Prasa publikuje ówczesne zeznania oskarżonego i ofiary:
Wersja Samanthy
Wersja Polańskiego
Tyle wiadomo na pewno. Mniej lub bardziej pewne jest jednak, że nie był to gwałt w dosłownym rozumieniu tego słowa, czyli zmuszanie fizyczne, czy psychiczne do stosunku seksualnego. Małolata w końcu nie trafiła do willi Jacka Nicholsona przypadkiem. W relacji oskarżonego oraz osób przebywających w tym czasie w willi Jacka dziewczynka tam trafiła sprowadzona przez matkę na – oficjalnie – sesję fotograficzną. Podobno (bo wciąż poruszamy się w mętnej wodzie domysłów, zeznań świadków publikowanych przez prasę, itd) stosunki seksualne, które odbyła Samatha z Polańskim nie były jej pierwszymi kontaktami fizycznymi.
Dodatkowo, nieprzyjemnego smaczku tej historii dodaje fakt, że w roli rajfurki wystąpiła matka dziewczyny, pragnąca zapewnić jej start do kariery. Bo o ile jeszcze można wierzyć w naiwność dziecka, to matka musiała być wszystkiego w pełni świadoma. Sprawa nie jest więc ani prosta, ani jednoznaczna, ciężko tu stwierdzić kto jest czarnym, a kto białym charakterem.
Oczywiście sytuacja w której dziecko (bo 13-latka ewidentnie jest dzieckiem, choćby nie wiadomo jak była rozwinięta fizycznie) zostaje samo na noc w towarzystwie obcych, dorosłych mężczyzn w dość dwuznacznej sytuacji, w ogóle nie powinna się wydarzyć. Po prostu nie wyobrażam sobie bym zgodził się na taką sytuację jako rodzic. Sam Polański – czego nie ukrywał – wiedział o tym w jakim wieku jest dziewczyna i mimo wszystko odbył z nią stosunek płciowy. Takiej sytuacji również – jako mężczyzna sobie nie wyobrażam. Polański nie powinien swoich chuci zaspokajać w taki sposób.
Potrafię za to zrozumieć czemu Polański uciekł ze Stanów, w sytuacji nagonki medialnej, przy sędzim prowadzącym show zamiast rozprawy, po prostu nie wytrzymał nerwowo i uciekł. Oczywiście gdyby reżyser był odrobinę rozsądniejszy to nie musiałby przez trzy dekady uciekać przez karą. Gdyby w ogóle pomyślał to nie poszedłby do łóżka z dzieckiem, choćby dziewczyna go zachęcała. Gdyby już po ugodzie w sądzie zaczął myśleć to nie przerywałby wyznaczonego mu wyroku 90 dni więzienia i nie dałby się sfotografować w trakcie zabawy w towarzystwie młodych kobiet. Gdyby… pewnie tych „gdyby” można wymienić jeszcze sporo, a spełnienie choć jednego z nich dałoby Polańskiemu spokój.
Jakie więc konsekwencje poniósł Polański? Trzydzieści lat unikania amerykańskiego prawa na pewno pozostawia ślad na psychice. Mimo sławy, popularności i pieniędzy pewnie gdzieś w podświadomości wciąż czuje się on uciekinierem, banitą. W końcu od tego czasu nie udało mu się zrobić filmu na miarę „Chinatown”, czy „Dziecka Rosemary”, nigdy już nie osiągnął takiego poziomu reżyserskiego geniuszu. Nie, nie zapominam o Oskarze za „Pianistę”, to oczywiście dobry film, ale nie genialny, sprawne rzemiosło prowadzone mistrzowską ręką, ale nie ma w nim tego ziarnka geniuszu.
Podsumowując mój wywód, uważam że sprawę Polańskiego należy zakończyć definitywnie. I to – moim zdaniem – z korzyścią dla niego. W mojej opinii ukarał się sam za nie panowanie nad swoimi chuciami wobec nastoletniej lolitki. Ukarał się losem banity, obciął sobie skrzydła jako twórca, z mistrza sam zrobił z siebie wyśmienitego, ale jednak rzemieślnika. Dlatego powtarzam za wieloma: Free Polanski
Prasa publikuje ówczesne zeznania oskarżonego i ofiary:
Wersja Samanthy
Wersja Polańskiego
piątek, 28 sierpnia 2009
Czy Jack Nicholson może być gejem?
Jedna z prywatnych polskich telewizji przypomniała właśnie film pod tytułem „Lepiej być nie może”. Film jak na amerykańskie komiksowe kino jest w miarę interesującą pozycją. Mamy więc plejadę dobrych (a nawet świetnych – tradycyjnie przedni Nicholson) aktorów, którzy malują nam bardzo sprawnie życie w wielkomiejskiej współczesnej dżungli.
Jest więc popularny pisarz w wieku emerytalnym, cierpiący na nerwicę natręctw, jest kelnerka (o urodzie przeciętnej, ale ujmująco naturalnej) borykająca się z ciężką chorobą syna, artysta – homoseksualista i jego przyjaciel – Murzyn (czy, jeśli kto woli Afroamerykanin). Ludzie ci, zderzeni przez los oddziaływają na siebie, co w zakończeniu filmu kończy się gremialnym happy endem dla każdego. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że film zabija polityczna poprawność.
Co by było gdyby stetryczały, złośliwy, zadufany w sobie pisarz grany przez Jacka Nicholsona był homo- (Jack zagra nawet książkę kucharską!), a nie hetero- seksualny? Gej pojawia się, a jakże, ale w osobie wrażliwego malarza, ofiary brutalnego napadu. Czy nie może być odwrotnie? I czy samotna kelnerka (kobieta, a więc istota w powszechnym mniemaniu bezbronna) z chorym synkiem nie może być (na przykład) przystojnym, muskularnym młodzieńcem? Lub kimkolwiek innym. A czarnoskóry twardziel – przyjaciel o gołębim sercu nie może być jak reszta bohaterów, po prostu biały (w filmie prawie nie ma czarnoskórych, a wśród ról drugoplanowych jest tylko on)? Czy to jest aż tak nieprawdopodobne, że autorzy zdecydowali się na taką, a nie inną mieszankę płci, kolorów i charakterów?
Polityczna poprawność jest zabójstwem dla sztuki. Nawet tej lekkiej jak kino dla masowej widowni. Poprawne politycznie stereotypy tak bardzo wbiły się do świadomości amerykańskiego (naszego zresztą już też) społeczeństwa, że nikt nie bulwersuje się heteroseksualnym chamem. Powiem więcej, publiczność jest tak „wytresowana”, że przyklaskują przykrościom, które go spotykają. Gdyby taki sam był gej, większość obowiązkowo byłaby oburzona. Choć pewnie nie wszyscy tak w głębi duszy myślą.
Mierzi mnie to bardzo, psuje odbiór filmu. Czy musimy podlegać schematom, konwenansom? Czy to jaki ktoś ma kolor skóry, bądź jakie ma upodobania łóżkowe musi mieć wciąż znaczenie? Tak bardzo walczymy z rasizmem, że to co ma być normalne wynaturzamy jeszcze bardziej niż kiedyś, tylko w przeciwnym kierunku. Film który podlega z założenia schematom opierającym się na narzucaniu poprawnych politycznie stereotypów (a przecież wiązanie cech osobowościowych z rasą, bądź seksualnością jest chyba właśnie tym) nie ma szansy być kinem wielkim. Choć Nicholson jak zwykle jest świetny…
Jest więc popularny pisarz w wieku emerytalnym, cierpiący na nerwicę natręctw, jest kelnerka (o urodzie przeciętnej, ale ujmująco naturalnej) borykająca się z ciężką chorobą syna, artysta – homoseksualista i jego przyjaciel – Murzyn (czy, jeśli kto woli Afroamerykanin). Ludzie ci, zderzeni przez los oddziaływają na siebie, co w zakończeniu filmu kończy się gremialnym happy endem dla każdego. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że film zabija polityczna poprawność.
Co by było gdyby stetryczały, złośliwy, zadufany w sobie pisarz grany przez Jacka Nicholsona był homo- (Jack zagra nawet książkę kucharską!), a nie hetero- seksualny? Gej pojawia się, a jakże, ale w osobie wrażliwego malarza, ofiary brutalnego napadu. Czy nie może być odwrotnie? I czy samotna kelnerka (kobieta, a więc istota w powszechnym mniemaniu bezbronna) z chorym synkiem nie może być (na przykład) przystojnym, muskularnym młodzieńcem? Lub kimkolwiek innym. A czarnoskóry twardziel – przyjaciel o gołębim sercu nie może być jak reszta bohaterów, po prostu biały (w filmie prawie nie ma czarnoskórych, a wśród ról drugoplanowych jest tylko on)? Czy to jest aż tak nieprawdopodobne, że autorzy zdecydowali się na taką, a nie inną mieszankę płci, kolorów i charakterów?
Polityczna poprawność jest zabójstwem dla sztuki. Nawet tej lekkiej jak kino dla masowej widowni. Poprawne politycznie stereotypy tak bardzo wbiły się do świadomości amerykańskiego (naszego zresztą już też) społeczeństwa, że nikt nie bulwersuje się heteroseksualnym chamem. Powiem więcej, publiczność jest tak „wytresowana”, że przyklaskują przykrościom, które go spotykają. Gdyby taki sam był gej, większość obowiązkowo byłaby oburzona. Choć pewnie nie wszyscy tak w głębi duszy myślą.
Mierzi mnie to bardzo, psuje odbiór filmu. Czy musimy podlegać schematom, konwenansom? Czy to jaki ktoś ma kolor skóry, bądź jakie ma upodobania łóżkowe musi mieć wciąż znaczenie? Tak bardzo walczymy z rasizmem, że to co ma być normalne wynaturzamy jeszcze bardziej niż kiedyś, tylko w przeciwnym kierunku. Film który podlega z założenia schematom opierającym się na narzucaniu poprawnych politycznie stereotypów (a przecież wiązanie cech osobowościowych z rasą, bądź seksualnością jest chyba właśnie tym) nie ma szansy być kinem wielkim. Choć Nicholson jak zwykle jest świetny…
środa, 5 sierpnia 2009
"Spójrz w lusterko, spójrz dwa razy..."
„Spójrz w lusterko, spójrz dwa razy, motocykle są wszędzie” - takie hasło często widzę przyklejone do karoserii różnych samochodów. Patrzę w lusterko, w oddali mały punkcik. Patrzę po chwili znów, punkcik zamienił się w motocyklistę „wiszącego mi na zderzaku”. Skoro ja jechałem szybciej niż dozwolona prędkość to jak szybko jechał on?
Stoję na światłach. Obok mnie na lewoskręcie motocyklista. Zapala się zielone światło. Motocykl jak z katapulty rusza z lewoskrętu na mój pas zajeżdżając mi drogę. Oczywiście ma przyśpieszenie kilkukrotnie większe od mojego, więc wystarczy zdjąć nogę z gazu na sekundę, aby uniknąć ewentualnej kolizji. Tylko czy wszytko jest w porządku?
Niedawno była na Jasnej Górze pielgrzymka motocyklistów. Jechałem akurat z Częstochowy do Katowic drogą A1. Dziesiątki jednośladów zmierzało w przeciwnym kierunku. Wyglądali jak roje os, jadąc w chaotycznym szyku całą szerokością drogi. Niektóre „roje” otaczały samochody, których bezradni kierowcy nie mogli wykonać żadnego manewru, gdyż ze wszystkich stron okrążali ich motocykliści.
W Google wpisuję hasło „wypadki z udziałem motocyklistów” (aktualność: 2009-08-05, godz. 10:00), pierwszy od góry link, aktualności w serwisie bielsko-biala.pl:
Stoję na światłach. Obok mnie na lewoskręcie motocyklista. Zapala się zielone światło. Motocykl jak z katapulty rusza z lewoskrętu na mój pas zajeżdżając mi drogę. Oczywiście ma przyśpieszenie kilkukrotnie większe od mojego, więc wystarczy zdjąć nogę z gazu na sekundę, aby uniknąć ewentualnej kolizji. Tylko czy wszytko jest w porządku?
Niedawno była na Jasnej Górze pielgrzymka motocyklistów. Jechałem akurat z Częstochowy do Katowic drogą A1. Dziesiątki jednośladów zmierzało w przeciwnym kierunku. Wyglądali jak roje os, jadąc w chaotycznym szyku całą szerokością drogi. Niektóre „roje” otaczały samochody, których bezradni kierowcy nie mogli wykonać żadnego manewru, gdyż ze wszystkich stron okrążali ich motocykliści.
W Google wpisuję hasło „wypadki z udziałem motocyklistów” (aktualność: 2009-08-05, godz. 10:00), pierwszy od góry link, aktualności w serwisie bielsko-biala.pl:
„(…) 35-letni mieszkaniec Rudzicy kierując motocyklem marki Yamaha przewrócił się i uderzył w Volkswagena Polo (…)”, „ (…) 22-letni kierowca motocykla marki Yamaha, wyjeżdżając z ulicy podporządkowanej zderzył się z samochodem marki Ford Galaxy (…)”, ” (…) 28-letni mieszkaniec tej miejscowości kierując motocyklem marki Honda utracił panowanie nad pojazdem, przewrócił się, doznając złamania obojczyka i wstrząśnienia mózgu (…)”, „(…) 24-letni mieszkaniec województwa małopolskiego kierując motocyklem marki Suzuki nie zachował należytej ostrożności i najechał na tył poprzedzającego go pojazdu (…)”, „(…) 16-letni mieszkaniec tej miejscowości kierując motorowerem marki Derbi na przejściu dla pieszych potrącił nietrzeźwego (…)” (źródło)Przyznaję, że nie przepadam za motocyklami na drogach. Drażnią mnie uwagi typu tytułowe „spójrz w lusterko…”. Fałszywe zdają się tłumaczenia jakie znalazłem w jednym z serwisów pasjonatów dwóch kółek: „Wykorzystywanie znakomitych osiągów oraz zwrotności motocykla w mieście spotyka się często z nieprzychylnym odbiorem kierujących samochodami, postrzegających przeciskający się miedzy samochodami motocykl za zagrożenie dla lakieru na ich maszynach.” (ścigacz.pl). Ja nie martwię się o lakier, bardziej o to, że przez czyjąś bezmyślność i brawurę odbiorę mu życie. Nie twierdzę, że kierowcy samochodów jeżdżą lepiej, przeciwnie, jeżdżą kiepsko i równie bezmyślnie. Tylko to nikogo nie upoważnia do brawury, ani nie usprawiedliwia z głupoty.
czwartek, 30 lipca 2009
Parytety, czy równo zanczy sprawiedliwie?
Prasa uprzejmie doniosła o tym, że Pan Prezydent spotkał się z przedstawicielkami Kongresu Kobiet i po wysłuchaniu ich racji zapowiedział, że jeśli pojawi się projekt ustawy o parytetach, to on ten dokument podpisze. O cóż chodzi Paniom?
Ano o to, żeby wprowadzić określoną proporcjonalnie reprezentację kobiet na listach wyborczych, najlepiej 50%. Z tego samego artykułu wynika, że pomysł ten popiera PO oraz lewica. W Sejmie podobno toczą się prace nad ustawą o parytetach. Tylko PSL jest przeciwne temu rozwiązaniu.
Po co to wszystko? Pewnie ma być sprawiedliwie. Tylko czy to słuszne? Czy jest w interesie kraju, aby kryterium kandydowania do Sejmu były nie kompetencje, tylko płeć? Śmiem wątpić. Owszem, gołym okiem widać, że dziś mężczyźni zdominowali politykę w Polsce, a kobiety w sejmowej ławie są bardziej wyjątkiem, niż normą. Dlaczego? Czy mężczyźni nie dopuszczają kobiet do „władzy”? A może panie w większości nie są zainteresowane „babraniem się” w rynsztoku jakim jest współczesna polityka? Czy przedstawicielki Kongresu Kobiet, rzeczywiście są głosem wszystkich (czy raczej większości) pań w naszej Ojczyźnie, czy tylko pewnego lobby, które w normalnych warunkach nie jest w stanie wprowadzić swoich przedstawicielek do parlamentu, więc oczekuje specjalnego traktowania.
W ostatnich wyborach parlamentarnych startowała Partia Kobiet. Szumna kampania, plakaty jak z reklamy środków pielęgnacji ciała, gdzie nikt nie ma niczego do ukrycia, wszystko to nie przyniosło oczekiwanego efektu. Na Partię nie głosowały nie tylko kobiety, ale i mężczyźni kuszeni wdziękami krągłych bioder i ud.
Czy nasz kraj dojrzeje kiedyś do myśli, że kluczem do rozwoju jest nie płeć, kolor skóry, wyznanie, czy wzrost, tylko kompetencje, umiejętności? Wolałbym, żeby zamiast zwiększenia ilości pań na listach zwiększyć liczbę zawodowców, specjalistów z kompetencjami. A jeśli to niemożliwe, to choć niech będzie więcej szczęściarzy, bo na szczęście zawsze jest popyt.
Ano o to, żeby wprowadzić określoną proporcjonalnie reprezentację kobiet na listach wyborczych, najlepiej 50%. Z tego samego artykułu wynika, że pomysł ten popiera PO oraz lewica. W Sejmie podobno toczą się prace nad ustawą o parytetach. Tylko PSL jest przeciwne temu rozwiązaniu.
Po co to wszystko? Pewnie ma być sprawiedliwie. Tylko czy to słuszne? Czy jest w interesie kraju, aby kryterium kandydowania do Sejmu były nie kompetencje, tylko płeć? Śmiem wątpić. Owszem, gołym okiem widać, że dziś mężczyźni zdominowali politykę w Polsce, a kobiety w sejmowej ławie są bardziej wyjątkiem, niż normą. Dlaczego? Czy mężczyźni nie dopuszczają kobiet do „władzy”? A może panie w większości nie są zainteresowane „babraniem się” w rynsztoku jakim jest współczesna polityka? Czy przedstawicielki Kongresu Kobiet, rzeczywiście są głosem wszystkich (czy raczej większości) pań w naszej Ojczyźnie, czy tylko pewnego lobby, które w normalnych warunkach nie jest w stanie wprowadzić swoich przedstawicielek do parlamentu, więc oczekuje specjalnego traktowania.
W ostatnich wyborach parlamentarnych startowała Partia Kobiet. Szumna kampania, plakaty jak z reklamy środków pielęgnacji ciała, gdzie nikt nie ma niczego do ukrycia, wszystko to nie przyniosło oczekiwanego efektu. Na Partię nie głosowały nie tylko kobiety, ale i mężczyźni kuszeni wdziękami krągłych bioder i ud.
Czy nasz kraj dojrzeje kiedyś do myśli, że kluczem do rozwoju jest nie płeć, kolor skóry, wyznanie, czy wzrost, tylko kompetencje, umiejętności? Wolałbym, żeby zamiast zwiększenia ilości pań na listach zwiększyć liczbę zawodowców, specjalistów z kompetencjami. A jeśli to niemożliwe, to choć niech będzie więcej szczęściarzy, bo na szczęście zawsze jest popyt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)