sobota, 14 marca 2009

"Czarny lód" - wracają tytani hardrocka

Któż nie zna AC/DC? Kto nie słyszał „Highway to hell”, „Heatseaker”, czy „Thunderstruck”? Jeśli ktoś odpowiedział pozytywnie na te pytania to…, …niech się wstydzi!  AC/DC gra już 36-ty rok i są zaliczani do prekursorów heavymetalu i hardrocka. Mimo, że średnia wieku w zespole bliższa jest 60-tki, niż 50-tki, to uczciwie trzeba przyznać, że „dinozaury” nie tracą impetu. Wydana w październiku 2008 roku „Black Ice” to kolejna (już piętnasta) studyjna płyta w dorobku AC/DC.


Plusy: Brzmi jak AC/DC

Dla każdego kto szuka dobrego, ostrego rocka ta płyta jest strzałem w „dziesiątkę”. Prawie każda piosenka to pewniak, szybki rytm, chwytliwe riffy to, to co „rockendrollowe tygrysy” lubią najbardziej. Australijczycy wciąż grają mocno, sprawnie, świetnie technicznie. Bracia Young na płycie wciąż są młodzi, a w głosie Briana Johnsona nie słychać zadyszki.

Otwierający album utwór „Rock ‘N Roll Train” jest zarazem najlepszym kawałkiem na płycie. Idealnie wpada w ucho, gitarowe riffy nie pozwalają usiedzieć na krześle. Za to właśnie kochamy AC/DC! Do najciekawszych utworów na płycie warto zaliczyć również  „War Machine”, oraz ciekawą, rozpędzającą się w miarę słuchania piosenkę „Rock ‘n’ Roll Dream”. Również tytułowy „Black Ice” daje sporego adrenalinowego kopa.

Minusy: Brzmi jak AC/DC

No tak. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć coś przełomowego na miarę wspomnianych we wstępie „Thunderstruck”, czy „Heatseaker”, to się zawiedzie. Na płycie nie ma wielkich, odkrywczych dokonań. To co słyszymy, to znany wszystkim dobrze zespół. Rozpoznawalny już od pierwszego taktu. AC/DC świetnie porusza się po wypracowanym przez siebie warsztacie, ale nie szuka już nowego brzmienia.
Płyta na pewno usatysfakcjonuje każdego, kto chce posłuchać muzyki którą lubi, wykonywanej przez legendarny zespół, który mimo upływu lat wciąż trzyma wysoko poprzeczkę. Nie wiem, czy powinno się jeszcze spodziewać rewolucji po AC/DC, choć niewątpliwie byłaby ona bardzo pozytywnym zaskoczeniem, ale jeśli ktoś jest fanem zespołu, to na pewno się nie zawiedzie na tej płycie. Dla słuchacza który pierwszy raz usłyszy AC/DC przy dźwiękach „Black Ice” album na pewno będzie świeżym i ciekawym doświadczeniem.

czwartek, 5 marca 2009

Korespondenta wojennego przypadki

Wiktor Bater podczas swojej zawodowej kariery pracował jako dziennikarz dla Polskiego Radia, Radia Zet, TVN, a ostatnio dla TVP. Jako korespondent wojenny przemierzył Bałkany, Bliski Wschód i Kaukaz. Swoje przeżycia, wrażenia i doświadczenia opisał w książce „Nikt nie spodziewa się rzezi. Notatki korespondenta wojennego”.


Sięgnąłem po tę książkę trochę przypadkiem. Skusiła mnie nadzieja przeczytania czyjejś, z pewnością subiektywnej (nie miejmy wątpliwości), ale za to żywej, osobistej relacji. Relacji naocznego świadka wydarzeń o których do tej pory słyszało się głównie w telewizji, a które przez pryzmat szkła ekranu telewizora stawały się odległe i obce. W pewnej części te oczekiwania zostały spełnione.


Już we wstępie autor zastrzega, że nie podejmuje się analizy konfliktów których jest świadkiem. Publikacja nie jest też zbiorem reportaży, raczej zbitkiem wspomnień. Najlepsze streszczenie wartości książki znajduje się już w podtytule – „Notatki korespondenta wojennego” – ano właśnie, notatki – trochę chaotyczne, czasem wprost beznamiętne i bezbarwne, innym razem zaś subiektywne do bólu i okraszone cynicznym komentarzem. Książka jest napisana bardzo nierównym stylem. Część relacji wciąga, pozwala prawie dotknąć „surowej” rzeczywistości (relacja z Biesłanu). Inne z kolei, choć opowiadają o ciekawych miejscach, są beznamiętne, a nawet „wieją nudą” (np. opis słynnej „alei snajperów” w Sarajewie).

Towarzysząc autorowi trafiamy najpierw do Jugosławii spływającej krwią wojny domowej. Bater pojawia się tam z konwojem humanitarnym Janiny Ochojskiej i zostaje, aby relacjonować przebieg walk. W następnym rozdziale przenosimy się do Abchazji. Tu, trochę ku zaskoczeniu czytelnika, autor opowiada nam o tym, jak poznał swoją żonę, w dalszej części zapoznając nas ze zwyczajami weselnymi Abchazów.  Rozdział zaczyna się od opisu ataku na bezbronnych plażowiczów, gdzieś w tle cały czas przewija się wątek konfliktu zbrojnego, ale ma on marginalne znaczenie.
Rozdział o Czeczeni zaliczam za to do najlepszych w książce. W brutalnym starciu dwóch sił udaje się autorowi pokazać tragedię zwykłych mieszkańców, którzy tracą najbliższych i cały majątek, a muszą opowiedzieć się po którejś stronie. W tym konflikcie, wedle relacji Wiktora Batera, nie ma tych „dobrych”, obie strony są „złe”, a zwykli ludzie stoją na z góry przegranej pozycji.

Równie ciekawym rozdziałem jest tekst o wydarzeniach w teatrze na  Dubrowce i w szkole w Biesłanie. Czuje się emocjonalne zaangażowanie autora. Tu  jest to zaletą. Bardzo wyraźną kreską Bater rysuje bezsilność ludzi czekających na jakiekolwiek informacje o zakładnikach przetrzymywanych przez terrorystów, brutalność służb specjalnych, nie liczących się z ludzkim życiem w dążeniu do osiągnięcia zamierzonego celu.
Przez całą książkę, jak mantra, przewija się wątek alkoholowy, świadczący o tym, że praca reportera w czasach wojny jest ryzykowna i stresująca, a więc trzeba czymś ukoić nerwy. Dzięki temu dowiadujemy się, w jakim regionie jaki alkohol się pija oraz jak go się organizuje w sytuacji, gdy jest nieosiągalny. Autor udowadnia,  że „Polak potrafi”. Rozdziały o Afganistanie, Iraku i Izraelu zaliczają się, w moim mniemaniu, do słabszych części książki, więc tylko z kronikarskiej dokładności zaznaczam, że autor śledził też wydarzenia odbywające się w tamtych regionach.

Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, na czym polega zawód korespondenta wojennego, to niewiele się z tej pozycji dowie o warsztacie pracy reportera w centrum konfliktów wojennych. Poszukiwacz rzetelnej relacji opisującej różne punkty widzenia stron konfliktu również odejdzie z kwitkiem. Na usprawiedliwienie autora przypomnę, że już we wstępie zastrzega on, że pisząc książkę nie miał takich aspiracji. Pozycję tę mogę zaś polecić temu, kto ma ochotę wyszukiwać ciekawostki, „rodzynki”, uatrakcyjniające czasem ciągnącą się relację. W końcu w każdej historii znajdzie się ziarenko prawdy. Dla zachęty dodać można że książkę czyta się szybko dzięki drukarskiej sztuczce wydawcy.

Na zakończenie zostaje smutna konkluzja, która jak drugie dno wyziera spośród kart książki. Korespondent wojenny w czasach pokoju ma pełne ręce roboty…

wtorek, 26 sierpnia 2008

Pielgrzymi okiem mieszkańca Częstochowy

15 sierpnia wypada w Częstochowie szczyt pielgrzymkowy. Setki tysięcy pielgrzymów zbiera się pod szczytem Jasnej Góry, aby uczestniczyć w obchodach Święta Wniebowzięcia NMP. Zastanawialiście się jak to odbiera przeciętny częstochowianin?


W tym roku 15 sierpienia w Częstochowie rozpoczął się od wielkiej burzy i ulewy. Pioruny walą gęsto, a deszcz leje się strumieniami. Szczerze współczuję tym wszystkim, którzy w tysiącach namiotów rozsianych po całym mieście czekają aż w końcu przestanie lać. Zapowiada się bardzo mokre święto.

Już od kilku dni miasto u stóp Jasnej Góry przeżywa inwazję pielgrzymek. Ze wszystkich stron wchodzą setki grup maszerujących ludzi. Dosłownie. Przewiduje się, że w tym roku, w tym jednym tylko dniu pojawi się w Częstochowie 200 tysięcy pielgrzymów. Na głównych szlakach wejściowych do miasta od kilku dni płyną nieprzerwane strumienie ludzi.

Ludzie w kolorowych strojach machają rękami, chustami i śpiewają. Każda z tych grup wyposażona jest we własne nagłośnienie i oczywiście każda grupa śpiewa inną pieśń. W sumie daje to nieciekawy efekt, gdy pielgrzymi przekrzykują się nawzajem. W czasach kiedy byłem dzieckiem i oglądałem wkraczające do Częstochowy pielgrzymki nie było jeszcze głośników i kolorowe grupy maszerujących śpiewające religijne pieśni sprawiały bardziej harmonijne wrażenie. Dziś w moim odbiorze jest to po prostu hałas i rwetes. Konia z rzędem temu, kto zrozumie słowa śpiewanych pieśni.

Częstochowianie przyzwyczajeni do pielgrzymów na ogół przyjmują ich ciepło, pozdrawiając machaniem i cierpliwie znosząc utrudnienia. Największe są w ruchu drogowym. Bo utrudnienia są znaczne, przejazd przez Aleje NMP, zwykle i tak dość zakorkowane, teraz jest bardzo uciążliwy. Równie trudne jest dostanie się do miasta z niektórych kierunków, którymi tradycyjnie podążają pielgrzymki. Wyprzedzenie takiej grupy pielgrzymkowej jest dość trudne, a czasem niemożliwe. Sam kilka lat temu utknąłem na pół godziny w korku za idącą pielgrzymką. Po prostu nie dało się ich wyprzedzić. Zrozumiałym chyba jest, że akurat tej grupy nie darzyłem zbytnią sympatią.

Aleje NMP w ostatnich dniach pełne są ludzi zwiedzających centrum, okolice Jasnej Góry wyglądają jak gigantyczne ludzkie mrowisko. Ludzie kłębią się i przemieszczają we wszystkie możliwe strony. Zwykle w tym czasie trzymam się z daleka od centrum, ale nie zawsze jest to możliwe. Szczególnie gdy muszę jechać do pracy i wrócić z niej. Mam na to swój sposób. Jeżdżę na rowerze, więc większość przeszkód jestem w stanie ominąć o wiele szybciej niż kierowcy stojący w korkach samochodów.

Siedzę przed laptopem i zerkam na cieknące po szybie strugi deszczu. Jak większość mieszkańców „Świętego Miasta” staram się przeczekać ten dzień w ustroniu swojego domu. Z dala od tysięcy pielgrzymów. Oni stąd niedługo odejdą, ja zostanę. Wsadzę rodzinę w samochód i pojedziemy uklęknąć przed najbardziej znanym w Polsce ołtarzem. Tymczasem niech pielgrzymi cieszą się swoją chwilą modlitwy i religijnego uniesienia.

piątek, 11 lipca 2008

"Shine a light" - wielki koncert legendy rocka

Najkrócej? W 2006 roku Martin Scorsese nakręcił koncert Stonesów. Przeczytajcie to jeszcze raz – wielki reżyser zrobił film z koncertu legendy rocka! Tego nie można przegapić! Panie i panowie… The Rolling Stones!

Nie będę ukrywał, że ta recenzja jest subiektywna, stronnicza i emocjonalna. Od dwudziestu lat słucham Stonesów i choć ostatni genialny album nagrali prawie dwie dekady temu („Steel Wheels” w 1989 r.), to wciąż tworzą dobre kawałki, a słuchanie ich muzyki to prawdziwa frajda. Ale zacznijmy od początku…

A początki były smutne. Premiera „Shine a light” (polskie tłumaczenie „Rolling Stones w blasku świateł”) w Polsce odbyła się 16 maja. Niestety ominęła Częstochowę. Jak wyczytałem w lokalnej prasie, dystrybutor uznał, że prawie ćwierć milionowe miasto nie zasługuje na kopię filmu i w ten sposób nasze Cinema City ominęła inwazja fanów rocka. Szczęśliwie mamy w Częstochowie Ośrodek Kultury Filmowej, który zadbał o fanów zespołu i zdobył film. Dzięki temu z lekkim poślizgiem w stosunku do premiery mogę Wam zrelacjonować to muzyczno-filmowe wydarzenie.

Film

Martin Scorsese to wirtuoz kina. Zgodzi się ze mną każdy komu wryły się w pamięć takie filmy jak „Wściekły byk”, „Taksówkarz”, czy „Ostatnie kuszenie Chrystusa”. Scorsese jest w moim prywatnym panteonie wielkich reżyserów na poczesnym miejscu. Dlatego powiązanie jego nazwiska ze Stonesami wywołało potężne wyładowanie elektryczne w mojej głowie. Już wtedy wiedziałem, że obejrzę ten film.
Reżyser nie bawi się w filmie w analizę popularności Stonesów, to po prostu jest oczywiste i ta oczywistość wycieka z każdej minuty filmu. Całość produkcji to po prostu koncert Rolling Stonesów, przetykany kilkoma archiwalnymi filmami pokazującymi początki kariery zespołu. Te wstawki to prawdziwe rodzynki w filmie. Ze wzruszeniem patrzy się na młodziutkiego Micka Jaggera, który na pytanie dziennikarza czy wyobraża sobie siebie skaczącego po scenie gdy ma 60 lat, odpowiada – tak, oczywiście. W następnym ujęciu widzimy jak „słowo staje się ciałem” i sześćdziesięciokilkuletni Jagger szaleje po scenie. Naprawdę łza kręci się w oku. W filmie pojawia się też polski akcent, zespołowi przedstawiany jest Aleksander Kwaśniewski (szczęściarz, był na takim koncercie!), ale spokojnie, były prezydent pojawia się ledwie na sekundę, nie ma się czym denerwować.

Do nakręcenia koncertu Scorsese zatrudnił najlepszych operatorów – i, uwierzcie, to widać. Koncert od strony filmowej zrobiony jest rewelacyjnie. Kamera wiruje wśród muzyków i widowni jak Mick po scenie. Jest wszędzie i widzi wszystko. Operatorzy z mistrzowską precyzją wychwytują grymasy muzyków, chwile uniesienia, radość grania. O wspaniałych ujęciach momentu gdzie Richards wypluwa papierosa czy rzuca kostką do gitary w stronę fana czytaliście na pewno w innych recenzjach. Powiem tylko, że to wszystko prawda, genialne ujęcia.

Jak na film wielkiego reżysera przystało, całość zmontowana została z wielką perfekcją. Zespół, kamery, światła, scenografia i publiczność tworzą spójną całość. Można się poczuć jakby było się na koncercie. Nawet lepiej! Który z uczestników koncertu ma szansę zobaczyć to wszystko, co pokazuje nam reżyser? Żaden! Film kipi emocjami, Jagger wije się na scenie, Richards z odwiecznym papierosem zwisającym na wardze gra świetne solówki, całość spięta klamrą mistrzowskich ujęć operatorów i sprawną reżyserią. Wspaniałe!

Koncert

Najtrudniejszy fragment recenzji. Tego się nie da powiedzieć zwykłymi słowami. Luuuudzie, co to za show! Koncert zaczyna się, nie, koncert wybucha dźwiękami „Jumping Jack Flash”, Jagger wskakuje jak z katapulty na scenę, feeria barw i dźwięków. Jak Wam to opowiedzieć? Mick skacze po scenie jak nastolatek, oglądałem archiwalne filmy z koncertów Stonesów z lat 60., Jagger skacze z tą samą żywotnością co 45 lat temu, niewiarygodne! Eksplozja energii! Tańczą światła, kamera krąży wokół Jaggera, starając się nadążyć za rytmem muzyki. Tradycyjnie zblazowany Richards kręci się powolnym krokiem po scenie, grając na gitarze. Gdzieś między nimi kręci się Ronnie Wood wtórując Keithowi. Muzyczna ekstaza.

Do udziału w koncercie Stonesi zaprosili kilku gości. Najbardziej zaskoczyła mnie Christina Aguilera, która świetnie wkomponowała się w repertuar Stonesów i stworzyła wraz z Mickiem żywiołowy duet. Najlepszym kawałkiem podczas koncertu był wspólny występ Stonesów i Buddy Guy’a w piosence „Champagne & Reefer”. Wspaniałe bluesowe brzmienie (za te bluesowe korzenie pokochałem Stonesów), świetne, współgrające ze sobą głosy Micka i Buddy’ego. W tej piosence widać wielkość zespołu, kunszt filmu. Muzycy bawią się dźwiękami, Buddy „rywalizuje” z Richardsem na gitarowe riffy, z Jaggerem „siłuje się” gitarą przeciw harmonijce ustnej. To wszystko robią z niekłamaną przyjemnością i każdy kto patrzy na tę scenę czuje wzruszenie, radość, muzyczną nirwanę. Choćby za to genialne połączenie muzyki i filmu w tej piosence, dające widzowi wrażenie zespolenia się z tym co widzi, należą się autorom pokłony.

Patrząc na koncert trudno uwierzyć, że jego główni bohaterowie mają już grubo po sześćdziesiątce. Mick to wulkan energii, świetna kondycja, wciąż świetny, charakterystyczny głos. Biega i śpiewa, odwiedza każdy kawałek sceny, elektryzuje publiczność i kamery. Jedyną postacią będącą jego przeciwwagą jest Keith Richards. Muzyk flegmatycznie porusza się po scenie, gra (ale cóż za wspaniała to gra) jakby od niechcenia, w jego ustach wiecznie wisi papieros, którego niedopałek co jakiś czas leci w jakiś kąt sceny, a na jego miejscu pojawia się nowy. I Richards tą flegmą i spokojem elektryzuje widza. Kamera wyraźnie go kocha. Operatorzy uchwycili kilka razy świetne ujęcia Keitha, gdy a to spluwa petem, a to rozdaje kostki do gitary fanom, to znów uśmiecha się trochę melancholijnie i nieobecnie do jakichś swoich myśli. Moim zdaniem Keith „kradnie” Mickowi koncert. Skończyły się już dawno czasy, gdy Jagger był samodzielnym frontmanem zespołu, teraz musi dzielić palmę pierwszeństwa z Richardsem. Trzeba przyznać, że robią to zgodnie. Warto też posłuchać jak Richards śpiewa, chrypiący głoś, praktycznie brak głosu, jedynie muzyczny słuch powoduje, że Keith trzyma rytm. Ale ten głos elektryzuje, przyciąga i czaruje. Porównanie Keitha do śmierci jest mało oryginalne, od dawna wszyscy to robią, tyle że to prawda. Jeśli śmierć miałaby wcielić się w któregoś z ludzi, to byłaby to fizjonomia Keitha Richardsa.

Po koncercie kamera wychodzi wraz z muzykami z budynku, a następnie na rozkaz Scorsese unosi się wysoko, coraz wyżej nad domami, w końcu widzimy nocną panoramę miasta ze spoglądającym na wszystko księżycem. Ten przepoczwarza się nagle w znany symbol Rolling Stonesów i wielki jęzor wysunięty z otwartych ust zawisa nad miastem. To prawda, Rolling Stonesi rządzą, nie można mieć wątpliwości. Napisy końcowe przewijają się przy dziękach tytułowego „Shine a light”, opanowuje mnie nostalgia, choć emocje wciąż krążą w żyłach, wielka szkoda, że to już koniec. Nie mogę się doczekać, gdy koncert ukarze się na DVD. Oby nie ominęło to Częstochowy.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

"Katyń" - spóźniona recenzja

„Katyń” obejrzałem dwa razy. Pierwszy raz, aby obejrzeć film emocjami, drugi by spokojnie przeanalizować dzieło. Film ze względu na tematykę nie poddaje się jednoznacznej ocenie.

Słowo „Katyń” to na sercu interesującego się historią Ojczyzny Polaka wciąż ropiejąca rana. Sam Andrzej Wajda mówił o tym dziele, że to jeden z jego najbardziej osobistych filmów. Ja sam dowiedziałem się o zbrodni katyńskiej jeszcze będąc nastolatkiem w czasach kiedy w kraju rządziła „jedynie słuszna” partia. Któregoś dnia całkiem przypadkiem, gdzieś na regale pod talerzami w domu rodziców znalazłem ulotki „Solidarności” opisujące to co się zdarzyło w katyńskich lasach. Całość okraszona była rysunkami ilustrującymi te wydarzenia. Żarliwie wczytałem się w te treści i z żalem odłożyłem ulotki w to samo miejsce, tak aby rodzice się nie zorientowali.


Lubię historię, jest dla mnie żywą częścią rzeczywistości, sprawa zbrodni katyńskiej głęboko zapadła w moje serce i od tamtej chwili szukałem różnych informacji weryfikując wiedzę szkolną z tą samodzielnie zdobywaną. Po upadku PRL wiedza o Katyniu wydobyta została na światło dzienne, a informacje na ten temat wreszcie można było zdobyć legalnie i w dużych ilościach. Nie można się więc dziwić, że na film o Katyniu czekałem z niecierpliwością, ale i z pewną rezerwą. Gdy w końcu go obejrzałem miałem mieszane uczucia. Film nie jest łatwy w ocenie ze względu na poruszaną tematykę. Chyba najlepszym (moim zdaniem) rozwiązaniem jest oddzielenie warstwy historycznej od techniczno – widowiskowej.

Wartość historyczna „Katynia”

Od strony przekazywanych treści historycznych uważam film za naprawdę dobrze zrobiony. Wojny prawie w tym filmie nie ma, żadnych widowiskowych scen batalistycznych, jedynie lekka osnowa, tak aby widz szybko znalazł się realiach wojny 1939 roku. Widzimy przerażonych cywili panicznie uciekających przed najeżdżającymi kraj ze wschodu i zachodu wojskami wrogów. Patrzymy na bezradność polskich jeńców wojennych, oficerów armii polskiej, którzy w pierwszych chwilach niewoli radzieckiej zagubieni pomiędzy swoimi powinnościami, a porywami serca krążą bezradnie wśród nielicznych żołnierzy Armii Czerwonej nie wiedząc, czy uciekać czy honorowo zostać w niewoli.

Ogromną według mnie zaletą filmu jest pokazanie obu potęg atakujących Polskę jako właściwie takich samych, nic nie różniących się machin zniszczenia. Rosjanie i Niemcy różnią się tylko mundurami, są tak samo okrutni, tak samo mordują i torturują. Świetnym sposobem na pokazanie tej zgodności oprawców są stylizowane na materiały archiwalne fragmenty kronik filmowych. Zarówno Niemcy jak i Rosjanie wykorzystują w filmie wątek mordu katyńskiego do swoich celów. Pokazują publicznie jakiego to okrutnego mordu dokonano na polskich jeńcach. Niemcy wskazują na Rosjan, Rosjanie na Niemców – ale język propagandy jest taki sam i gdyby w wersji niemieckiej zamienić tylko kilka słów świetnie – by pasowała do kroniki radzieckiej – i odwrotnie. Genialne!

Dobrze też jest ukazana bezradność rodzin oficerów zaginionych gdzieś w Rosji. Strach, ból, niepewność, potem gdy informacje o zbrodni przeciekają do publicznej wiadomości (przesiane przez propagandowe sito najpierw jednej potem drugiej strony) dochodzi do tego szok, bezbronność w zderzeniu z okrutną prawdą i brak pomocy z czyjejkolwiek strony. Na koniec, w epizodach powojennych widzimy zderzenie przeciętnego człowieka z okrucieństwem nowej rzeczywistości, nowa władza w kraju buduje nowe państwo i z potęgą walca niszczy każdego kto nie zgadza się z odgórnie narzuconą wersją wydarzeń.

Końcowa scena egzekucji polskich oficerów to naprawdę przejmujący obraz. Ludzie mordowani są metodą przemysłową, radzieccy żołnierze z zimnym okrucieństwem bezmyślnych maszyn dokonują masowego morderstwa. Zderzenie ludzkiej śmierci z tą zimną obojętnością poraża widza i zatrzymuje oddech w piersi. Czytaliście „Kontrolę” Wiktora Suworowa? Autor opisuje tam jak w Rosji Radzieckiej wykonuje się masowe egzekucje – na spokojnie, prawie dla przyjemności, dla oprawców jest to zabawa kończąca się popijawą. Sceny w filmie współgrają z tym opisem. Przejmujące wynaturzenie ludzkiej osobowości, gdzie zabójstwo staje się równie proste jak wyczyszczenie nosa.

„Katyń” jako widowisko

Film jako dzieło sztuki, widowisko mające opowiedzieć pewną historię, wciągnąć w nią widza prezentuje się niestety gorzej. Od strony warsztatowej zrobiony jest oczywiście bardzo dobrze, wiadomo – Wajda, może ręka już nie ta co kiedyś, ale wciąż dobra. Odczuwam jednak pewną gorycz, spodziewałem się dzieła wybitnego, a zobaczyłem „jedynie” przyzwoite rzemiosło.

„Katyń” tak naprawdę nie opowiada żadnej historii. To znaczy owszem, powszechnie wiadomo, że jest to film o zbrodni katyńskiej i rodzinach ofiar które muszą indywidualnie zmagać się z okrutną i niesprawiedliwą rzeczywistością. Niestety nie ma w filmie wątku przewodniego, jakiejś historii z którą utożsamiałby się widz. Patrzymy na losy kilku kobiet które szukają informacji o swoich mężach, synach, ojcach, czy braciach, ale jakoś trudno widzowi wejść w ich skórę. Przynajmniej mnie było trudno. Patrzałem z boku nie angażując się emocjonalnie w ich indywidualne historie. Szkoda. Film składa się tak naprawdę z serii epizodów które łączą postacie tych kobiet. Niestety narracja w tych epizodach jest nierówna i to też przeszkadzało mi we „wsiąknięciu” w film. Niektóre epizody są krótkie, szczególnie w początkowej części filmu, by w drugiej połowie rozciągać się w jakieś wielominutowe dłużyzny i po prostu nudzić. Mistrz Wajda tak bardzo chciał przekazać nam swoje przemyślenia, aż zapomniał o tym, że „diabeł tkwi w szczegółach”.

No właśnie, tu doszliśmy do rzeczy która najbardziej moim zdaniem przeszkadza w filmie, czyli natrętnej wprost symboliki. Zgadzam się że za pomocą symboli można niewerbalnie przekazać wiele rzeczy, wszak wiadomo że większość przekazywanych informacji to mowa znaków, zaś słowa to jedynie jedna czwarta przekazu. Ale czemu tak natrętnie, tak nachalnie, tak dosłownie? Gdyby ktoś napisał, że film zbudowany ze scen w których główną rolę odgrywają symbole – można się z nim spokojnie zgodzić. Symbole w tym filmie są ważniejsze od ludzi. Niestety.

Kilka przykładów, wybór jest bogaty, ale wspomnę tylko nieliczne. Scena koło kościoła, gdzie jedna z bohaterek znajduje postać przykrytą wojskowym płaszczem, która zdaje się być jej mężem. Kobieta odchyla płaszcz …i pod nim znajduje rzeźbę Chrystusa. Lub scena gdzie uciekinierzy ze wschodu i z zachodu spotykają się ze sobą, jedni drugich ostrzegają przed nacierającym wrogiem, Wermachtem i Armią Czerwoną. Spotykają się oczywiście na moście… Przesuńmy się kilka chwil dalej. Dwaj radzieccy żołnierze zdzierają polskie flagi, odrywają biel od czerwieni, czerwona flaga wraca na ścianę zaś z białego płótna żołnierze robią onuce. I takie sceny oglądamy przez cały film. W końcowej scenie rozstrzeliwania oficerów, która jest przejmująca sama z siebie, Wajda również nie mógł się powstrzymać, ręce polskiego generała przed rozstrzelaniem wiązane są drutem kolczastym… Każda z tych scen indywidualnie broni się bez problemu, wszystkie razem niestety nie.

Jeszcze jedna uwaga, nie robię z niej zarzutu, to moja opinia i sprawa ta nie ma większego wpływu na odbiór filmu. Chodzi o obsadę aktorską. W filmie zagrał kwiat naszych aktorów, postaci znane i lubiane – Englert, Żmijewski, Stenka, Cielecka, i tak dalej. Nie wiem czy to akurat dobry pomysł. Jak już pisałem, symbolika, historia – są tu ważniejsze od postaci, czy nie lepiej byłoby obsadzić w tych rolach nieznanych aktorów? Ich obce twarze lepiej przekazywały uniwersalność historii, przypadkowość ludzkich losów.

Na koniec

Czy warto obejrzeć „Katyń”? Oczywiście tak! Film mimo kilku wad które moim zdaniem posiada jest interesującym głosem w sprawie bolesnej dla naszej Ojczyzny zbrodni. Głosem o stosunkach polsko – radzieckich w pierwszych latach po wojnie. Jest też źródłem informacji o tych wydarzeniach, które w tej formie dotrze do większej liczby ludzi i lepiej przemówi do duszy niż zimny przekaz książki historycznej. I choć „Katyń” to nie „Kanał”, ale obejrzyjcie go koniecznie.

piątek, 30 maja 2008

"Bez abonamentu tej audycji nie będzie" - czy aby na pewno?

Od czasu ogłoszenia przez Rząd planu likwidacji abonamentu RTV media publiczne bombardują nas kampanią pro-abonamentową. Programy w TVP i Polskim Radiu przetykane są agitującymi za abonamentem spotami. Ale na kampanii się nie kończy…

Prowadząc auto zwykłem słuchać „Trójki”. A właściwie to słuchałem, bo po którejś z rzędu zapowiedzi w trakcie programu, że „bez abonamentu tej audycji nie będzie” zmieniłem rozgłośnię na komercyjne RMF FM. Popowa muzyka mnie męczy, ale nie musiałem słuchać tej natrętnej manipulacji snutej mi do ucha. Bo taka „obietnica” to, nazywając rzecz po imieniu, zwykła zagrywka poniżej pasa. Jak to – tej audycji nie będzie (pytam się w myślach)? Będą emitować ciszę? Czy może puszczą tylko muzykę? Albo po prostu inną, „gorszą” audycję? Telewizja Polska też nie próżnuje, w porze największej oglądalności możemy dowiedzieć się od bohaterów różnych popularnych seriali, że abonament jest „Potrzebny na 100%”.


Wystarczy chwila namysłu nad tym co widzimy i słyszymy, aby dojść do tego, że jeśli media publiczne dotrzymają słowa i zlikwidują najpopularniejsze programy w radiu i telewizji to będzie to „strzał we własną stopę”. Widz, czy też słuchacz po prostu zmieni stację na inną i nagle może się okazać, że publiczne media nie są potrzebne nikomu. Cała kampania to po prostu manipulacja żerująca na naiwności odbiorcy.

W ostatnich dniach media (komercyjne, w publicznych nie spotkałem się z tą informacją, choć być może była) obiegła informacja o nowym sposobie agitacji wymyślonym przez TVP. W skrócie wyglądało to tak: Gdzieś w biurach TVP stworzono apel w obronie abonamentu. Apel został tak napisany, aby wyglądał na wspólną inicjatywę organizacji pozarządowych. Następnie tekst rozesłano do tychże organizacji, aby ich przedstawiciele, osoby znane i lubiane podpisały się pod nim. Wiele z nich odmówiło, m.in. zrobiła tak Janina Ochojska, tłumacząc że nie jest to możliwe skoro autorem jest TVP, a nie któraś z organizacji. Podobnie postąpiła Anna Dymna z fundacji „Mimo wszystko”.

Tekst apelu przedstawiono również Jurkowi Owsiakowi. Z apelem wysłano do niego ludzi, których znał z czasów współpracy z Telewizją Polską. Ci zaś przedstawili mu sprawę w ten sposób, że …część organizacji, w tym panie Dymna i Ochojska podpisały się pod apelem! Na takie dictum Owsiak podpisał apel w solidarności z innymi. Sprawa szyta grubymi nićmi wydała się oczywiście, bo wydać się musiała. Jakie wyciągam z tej historii wnioski? Moim zdaniem TVP zrobi dla pieniędzy z abonamentu (a wiemy, że są niemałe) wszystko. Mogli zaprosić organizacje pozarządowe na rozmowę w tej sprawie, wynegocjować wspólną wersję tekstu i wtedy być może mieliby poparcie sporej liczby organizacji. Ale po co? Przecież można to zrobić „na siłę” (a przy okazji nie wchodząc z nikim w układy, które mogą kosztować).
Po co komu abonament?

Jeśli chodzi o TVP i PR to wszystko jest jasne i proste. Abonament to dopływ pewnej i dużej gotówki. Co by było, gdyby go nie było? Zwolennicy utrzymania abonamentu twierdzą, że byłoby to naruszenie stabilności finansowej mediów publicznych. Czy aby na pewno? A może zmusi to media do zwiększenia wysiłków, aby przyciągnąć reklamodawców, cięcia zbędnych kosztów. Zresztą premier zapowiedział, że rezygnacja z abonamentu będzie się wiązała z jakąś formą dotacji ze strony państwa na rzecz mediów publicznych. Co ciekawe, dla zwolenników abonamentu jest on gwarancją niezależności mediów, dla przeciwników zaś formą uzależnienia tychże od obozu rządzącego.

Przeciętny Polak nie jest jednak zwolennikiem płacenia abonamentu RTV. Świadczy o tym choćby ściągalność abonamentu, oblicza się, że jest płacony przez 45 proc. gospodarstw domowych*. Według sondażu przeprowadzonego przez TNS OBOP aż 56 proc. Polaków nie chce płacić abonamentu, zaś jedynie 35 proc. jest skłonna to robić. Z ust widzów padają zarzuty, że telewizja nie wypełnia swojej misji, a o słuszności tego zarzutu może świadczyć choćby to, że najbliższych mistrzostw Europy w piłce nożnej nie zobaczymy w publicznej tv.

Nie będę się zagłębiał dalej w niuanse argumentów za i przeciw, którymi szermują zwolennicy i przeciwnicy abonamentu. Nie w tym rzecz. Protestuję przeciw niewybrednym i prymitywnym chwytom stosowanym przez Telewizję Polską i Polskie Radio w obronie swoich dochodów. Nie może być tak, że media mające służyć widzowi, nauczać, być alternatywą dla komercji, będą broniły swego za pomocą nieczystych zagrywek. Czego dowie się przeciętny Polak oglądając spoty w tv i słuchając zmanipulowanych reklam? Moim zdaniem jednego – że pieniądze nie śmierdzą, a każdy środek jest dobry jeśli zmierza do osiągnięcia celu. Tak ma wyglądać publiczna misja państwowych mediów?

*za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Abonament_radiowo-telewizyjny

sobota, 19 kwietnia 2008

Jurajskie Palmiry w Olsztynie k. Częstochowy

W lesie tuż za podczęstochowskim Olsztynem, znajduje się cmentarz – miejsce straceń polskich patriotów z czasów II wojny światowej. Miejsce o którym mało kto wie, miejsce w którym zginęło prawie 2000 Polaków. Jurajskie Palmiry.









środa, 16 kwietnia 2008

Już wiosna, czas przygotować rower!

Za oknem wiosna, najwyższy czas odkurzyć rower i przygotować go do sezonu. Zapraszam do przeczytania krótkiego poradnika prezentującego rzeczy które powinniśmy zrobić, aby rower służył nam sprawnie i niezawodnie na każdej wyciecze.


Po pierwsze kąpiel

Po spędzeniu zimy w garażu lub piwnicy, a nawet jeśli trzymaliśmy rower w domu, sprzęt pokryty jest sporą warstwą kurzu. Do tego jeśli nie zakonserwowaliśmy go na zimę na ramie i w innych miejscach mogą zalegać resztki błota przypominające zeszły rok. Czas to uprzątnąć!

Najlepiej jeśli dysponujemy podwórkiem i bieżącą wodą z ogrodowego węża. Jeśli nie, możemy włożyć rower do wanny. Spryskujemy go obficie wodą i pozostawiamy na kilka minut. W tym czasie błoto i inne nieczystości powinny nasiąknąć wodą, dzięki czemu łatwiej będzie je usunąć.

Po usunięciu największych brudów przystępujemy do szczegółowszego czyszczenia. Bierzemy miskę z ciepłą wodą, dolewamy trochę płynu do mycia naczyń i czyścimy dokładnie cały rower, najlepiej delikatną szczotką. Najwygodniej jeśli czyści się ramę po zdjęciu kół, mamy dostęp do wszystkich zakamarków. Po wyczyszczeniu ramy poddajemy podobnej obróbce koła. Po umyciu przecieramy całość suchą szmatką.

Czyścimy napęd roweru

Układ napędowy najlepiej przeczyścić benzyną ekstrakcyjną lub naftą. Zaczynamy od łańcucha. Przed jego wyczyszczeniem warto sprawdzić czy nie jest już zbyt rozciągnięty. Najprostszym sposobem jest jego zmierzenie. Mierzymy długość kolejnych 10 ogniw, idealna długość to 254 mm, jeśli długość przekracza 259 mm łańcuch warto wymienić. Najlepszym rozwiązaniem jest zdjęcie łańcucha z roweru i wykąpanie go w benzynie ekstrakcyjnej w słoiczku lub w misce. Jeśli jednak nie zdejmujemy łańcucha możemy go wyczyścić za pomocą szmatki lub szczoteczki. W tym wypadku musimy uważać na dłonie, gdyż kontakt z benzyną ekstrakcyjną wysusza skórę.

Podobnie postępujemy z układem napędowym. Zębatki możemy zdjąć i wypłukać podobnie jak łańcuch. Jeśli rezygnujemy ze zdejmowania czyścimy układ napędowy szczoteczką. Dla zatwardziałych czyścicieli są dostępne na rynku szczoteczki do czyszczenia napędów. Przerzutki czyścimy również szczoteczką. Najlepiej dwoma, z długim i krótkim włosiem, tak by dotrzeć do wszystkich zakamarków.

Smarujemy

Po wyczyszczeniu roweru czas na smarowanie. Podstawa to dobre nasmarowanie łańcucha i przerzutek. Łańcuch najlepiej przesmarować przeznaczonym do tego specjalnym smarem. W ostateczności można go przesmarować smarem do maszyn do szycia, jest to rozwiązanie stosowane przeze mnie i jak do tej pory jest skuteczne. Podczas smarowania nie należy przesadzać z ilością smaru. Standardowo dajemy kroplę na łączenie ogniw. Jeśli smaru jest za dużo na łańcuchu zbieramy go delikatnie ściereczką.
Przerzutki najlepiej smarować specjalnym smarem silikonowym. Smarujemy delikatnie od wewnątrz, czyli pomiędzy łożyskiem a kółeczkiem po którym idzie łańcuch.

I na koniec…

Nasz rower jest już prawie gotowy do jazdy. Przed wyruszeniem warto sprawdzić czy linki hamulców i przerzutek gładko poruszają się w pancerzykach, czy żadne z nich nie jest w którymś miejscu pęknięte bądź złamane. Zerkamy również na klocki hamulcowe, mogą być już starte. Na koniec nie zapomnijmy o sprawdzeniu ilości powietrza w kołach, po zimie mogło go zostać niewiele.
Jeśli pomimo naszego przeglądu rower sprawia problemy warto udać się do serwisu gdzie fachowcy sprawdzą dokładnie wszystkie elementy.

A teraz wsiadamy i jedziemy. Pamiętajmy, że na dłuższe wycieczki warto zabrać zapasową dętkę, lub łatki z klejem i pompkę. Życzę wszystkim wielu przyjemnych i udanych wycieczek!

poniedziałek, 31 marca 2008

Jurajskie warownie: Bydlin

Pierwsza tej wiosny ciepła, słoneczna niedziela skłoniła mnie do wycieczki na Jurę. Celem wyprawy została mała, zagubiona wśród jurajskich wzgórz warownia w Bydlinie. Zapraszam do zwiedzania.

Nigdy wcześniej nie byłem w Bydlinie i przyznaję ze wstydem, że choć w okoliczne zamki zwiedzałem już kilka razy, to ta akurat warownia umknęła mojej uwadze. Szukając celu pierwszej wiosennej wyprawy w tym roku znalazłem w internecie informacje o tym miejscu i już wiedziałem gdzie skieruję swoje kroki.

Bydlin jest małą, trochę zapomnianą, cichą i spokojną miejscowością na Jurze. Jego początki sięgają XII wieku, a źródła mówią, że kiedyś wieś i znajdująca się na wzgórzu warownia były ważnym elementem sieci granicznych fortyfikacji, strzegących naszych granic. Niektóre źródła podają, że na przełomie XIV i XV wieku Bydlin uzyskał prawa miejskie. Niestety, w początkach XVI w. utracił je, zaś przyczyny tego nie są znane.

Warownia w Bydlinie stoi na uboczu wsi, na gęsto porośniętym drzewami wzgórzu. Łatwo tam trafić, gdyż u stóp wzgórza, po drugiej stronie drogi, znajduje się cmentarz. Według Wikipedii zamek został zbudowany w XIV wieku przez rycerza Niemierzę herbu Strzała, ówczesnego pana tych okolic. Zameczek był trudny do zdobycia, gdyż strome wzgórze dodatkowo otaczały z trzech stron bagna. Umieszczona u stóp zamku tablica informacyjna wspomina, że jednym z właścicieli fortecy był nieślubny syn Kazimierza Wielkiego.

W XVI wieku ówcześni właściciele zamku – Bonerowie (inna pisownia nazwiska Bonarowie), których spotkaliśmy już w opowieści o zamku w Smoleniu i których w naszych jurajskich wycieczkach spotkamy jeszcze nie raz, przebudowali warownię na kościół katolicki. Około roku 1570 Jan Firlej, będący właściciel tych okolic, będąc pod wpływem reformacji przemienił kościół w zbór ariański. Dwadzieścia kilka lat później jego syn Mikołaj przywrócił budynek na łono Kościoła katolickiego.

Wielka historia przetoczyła się przez te okolice w 1655 roku, kiedy idący na Częstochowę Szwedzi pod dowództwem generała Mullera zniszczyli kościół. Choć w I połowie XVIII wieku kościół został odbudowany przez Męcińskich, nigdy już nie odzyskał dawnej pozycji i z czasem został opuszczony. Po raz ostatni historia przypomniała sobie o tym miejscu w trakcie I wojny światowej. W 1914 roku wokół ruin zamku miało miejsce zgrupowanie IV i VI batalionu piechoty I Brygady Legionów Polskich, zaś na polach wokół wsi legioniści stoczyli bitwę z wojskami carskimi. Polegli tu legioniści złożeni zostali w zbiorowej mogile na leżącym u stóp zamkowego wzgórza cmentarzu pod siedmiometrowym, kamiennym krzyżem.

Przechadzając się wśród resztek zameczku – kościoła trudno już znaleźć klimat czasów jego świetności. Przemianowanie warowni na kościół, jego wielokrotne przebudowy a także dokonane zniszczenia, zatarły jego pierwotne kształty. Patrząc na zręby murów próbowałem zmusić wyobraźnię do przedstawienia wyglądu okolicy w czasach, kiedy zamek bronił granic młodego państwa polskiego, mając baczenie na całą okolicę. Dziś pozostało tu ciche i senne miejsce, gdzie pędzący wśród zgiełku codzienności mieszczuch może znaleść dla siebie chwilę spokoju i zamyślenia.

Źródła:
Wikipedia
Jura.art.pl





sobota, 15 marca 2008

Czy będziemy likwidować wiadukty?

Po wypadku Otylii Jędrzejczak w licznych dyskusjach w internecie pojawiły się głosy, że trzeba wycinać drzewa przy drogach, gdyż to one są przyczyną tragedii. Czy dziś, po wypadku Maćka Zientarskiego będziemy postulować usuwanie wiaduktów?

Wszyscy pamiętamy tragiczny wypadek Otylii Jędrzejczak w którym zginął jej brat. W wielu dyskusjach, czasem bardzo zażartych, na internetowych forach, pojawiały się głosy mówiące, że gdyby nie było drzewa w które uderzyła Otylia, nie doszłoby do tragedii. Pozornie nie można odmówić im racji. Podobnie można argumentować, że gdyby ktoś nie wychodził z domu nie wpadłby pod samochód. Tylko, że problem nie tkwi w tym, że w tym samym miejscu znalazły się drzewo i rozpędzony samochód, a całkiem gdzie indziej. W ludzkiej głowie.


Dziś pojawiły się nowe informacje w sprawie wypadku w którym zginął Jarosław Zabiega, a Maciej Zientarski został ciężko ranny. Otóż jest już pewne, że ferrari prowadził Maciek Zientarski, wiele wskazuje na to, że prędkość 200 km/h o której się mówiło zaraz po wypadku została niedoszacowana. Wstępne wyniki analizy przyczyn wypadku wskazują, że auto mogło pędzić nawet 300 km/h. Do tego pojawiły się nowe informacje iż pojazd w którym rozbili się dziennikarze należał do znajomego Zientarskiego, który dał mu go na przechowanie. Zientarski tak sprawnie zajął się przechowywaniem auta, że postanowił się nim wyszaleć na ulicach największego polskiego miasta. Auto nie było nawet ubezpieczone…

Czy dziś zwolennicy wycinania drzew przy drogach będą apelować o usunięcie wiaduktów przechodzących nad ulicami? W końcu to wspornik podtrzymujący taki wiadukt był bezpośrednią przyczyną tragedii. Dokładnie w takim samym stopniu jak drzewo było przyczyną wypadku Otylii. Może w końcu dotrze do nas, szczególnie nas – kierowców to, że częstą przyczyną tragedii na drogach jest zwykła ludzka głupota i nieodpowiedzialność. Przyczyną wypadków jest sam człowiek, który zbytnio ufa swoim umiejętnościom, zbyt zawierza możliwościom swojego pojazdu, czy zwykłemu szczęściu, nie potrafi właściwie ocenić warunków na drodze i wiecznie się śpieszy. Wszyscy narzekają na stan polskich dróg, na drzewa przy drogach stanowiące potencjalne niebezpieczeństwo, ale dlaczego nie potrafimy zrozumieć że nie mamy wyboru, musimy pomyśleć – i zwolnić.