Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Zemsta jest rozkoszą bogów, podobno


„Tajni egzekutorzy” Danny’ego Baza to książka o zemście. Autor twierdzi w niej, że należał do tajnej organizacji mającej na celu chwytanie i osądzanie hitlerowskich zbrodniarzy. Organizacja składała się wyłącznie z osób które przeżyły Holocaust, oraz potomków ofiar zagłady żydów podczas II Wojny Światowej. Organizacja była tak potężna, że miała dostęp do pracowników i materiałów tajnych służb największych państw świata (w tym przede wszystkim USA), finansowana była z prywatnych pieniędzy ludzi, którzy zdobyli majątki po wojnie. Brzmi jak tania sensacja? Otóż autor twierdzi, że to wszytko jest prawdą.

poniedziałek, 23 maja 2011

Wiedźmin 2: Recenzja malkontenta, czyli czego wiedźmin nie może


O grze „Wiedźmin 2″ było ostatnio dość głośno i to nie tylko wśród graczy komputerowych. Postacie z gry „Wiedźmin 2″ pojawiały się w mediach, czy to jako zapowiedzi gry, czy bardziej odważnie, na przykład jako rozbierana sesja jednej z bohaterek gry w popularnej gazecie dla panów. Od wielu miesięcy tysiące fanów poprzedniej części (z czego gros to również fani serii książkowej) ostrzyło sobie zęby na tę pozycję. Wydawcy umiejętnie podsycali atmosferę, zapowiedziami, filmikami, wypowiedziami w branżowych serwisach. Obiecano poprawienie ograniczeń z pierwszej części gry, plus wiele nowych usprawnień. Napięcie rosło, aż masa krytyczna została przekroczona w dniu premiery… wpadką wydawcy. A co przynosi sama gra, gdy już wpadnie w ręce gracza? Pozwoliłem sobie spisać moje wrażenia.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Witajcie w Juarez

Ciudad Juarez to meksykańskie miasto leżące na granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Bliskość granicy stała się katalizatorem rozwoju miasta. Stała się też jego przekleństwem.

Sąsiedztwo z  USA spowodowało, że wiele amerykańskich koncernów przeniosło do Juarez swoje fabryki, gdzie koszty produkcji były dużo niższe niż w Stanach. Ta sama bliskość spowodowała, że Juarez stało się stolicą przemytu narkotyków z Meksyku i szerzej – Ameryki Południowej do Stanów Zjednoczonych. Charles Bowden przez wiele lat przyjeżdżał do Ciudad Juarez by poznać dokładnie miasto i wszystko co zobaczył opisać. Efektem tej pracy jest książka „Mordercze Miasto. Meksykańskie lekcje umarłych”.

wtorek, 8 lutego 2011

Córki Chin

Rodzice adopcyjni w porównaniu z rodzicami biologicznymi mają trochę inne wyzwania postawione na drodze rodzicielstwa. Oprócz tych typowych dla rodziców problemów dnia codziennego muszą zmierzyć się z niepoznaną przeszłością dzieci, ich strachami, fobiami i kompleksami wyniesionymi  z nieznanego zwykle rodzicom adopcyjnym i często niepamiętanego przez dzieci okresu przed adopcją. Problem staje się tym większy jeśli adoptowane dzieci pochodzą z innego kraju, czy z innej kultury. Takiego to wyzwania podjęli się Auke Kok i Dido Michielsen, dziennikarze z Holandii, adoptując dwie chińskie dziewczynki. Swoje przeżycia związane z adopcją i zapoznawaniem córek z krajem przodków zebrali w książce „Lisa-Xiu i Lin-Shi Córki z Chin”

sobota, 27 listopada 2010

Śmierć żyje i ma się dobrze

Piętnaście lat temu świat zamarł. Potem wziął głęboki oddech. A potem… A potem wrócił do swoich spraw. Masakra w Rwandzie skończyła się.


Nie, to nie prawda. Ona nie skończyła się nigdy. Wciąż trwa w miejscach, w ludziach, we wspomnieniach. W nienawiści do własnego ciała. W nienawiści do dziecka. Ciała które kiedyś było świątynią, a dziś jest nienawistną pamiątką przeszłości. Dziecka, które miast być radością dla rodzica jest ropiejącą raną w sercu. Ona trwa dopóki żyje choć jeden naoczny świadek.

poniedziałek, 1 listopada 2010

„Delta Force”, czyli „Dobrze się bawisz, Rangerze?”

O Delcie

Delta Force to elitarna jednostka komandosów stworzona do działań antyterrorystycznych na całym świecie. Została utworzona przez pułkownika Charlesa Beckwitha w 1977 roku na wzór brytyjskiej SAS. W skład jednostki wchodzą żołnierze różnych formacji. Przydział do jednostki następuje po ostrej selekcji, a następnie specjalistycznym przeszkoleniu. Delta Force uchodzi za jedną z najlepiej wyszkolonych formacji sił specjalnych na świecie.


O Autorze
Eric Haney był wśród jednej z pierwszych grup komandosów, którzy pozytywnie przeszli selekcję do Delty i współtworzyli tą jednostkę (brał udział w tworzeniu taktyk stosowanych przez oddział).  Z tego też powodu uznaje się go za jednego z członków – założycieli Delty. Po szkoleniu Eric Haney stał się operatorem Delta Force (tak nazywani są członkowie oddziału). Określenie „członek – założyciel”  jest czasami krytykowane, gdyż część komentorów uważa, że jedynym założycielem oddziału był twórca jednostki i pierwszy dowódca – płk. Beckwith.

Przez niemal 10 lat autor brał udział w operacjach Delta Force, uwalniał zakładników, chronił VIP-y, brał udział w akcjach na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Łacińskiej. Po przejściu na wojskową emeryturę Haney pracował jako niezależny konsultant do spraw bezpieczeństwa, prowadził szkolenia dla sił wojskowych i policyjnych poza granicami USA, był negocjatorem podczas porwań. Po 11 września 2001 roku zaczął się pojawiać w mediach jako konsultant do spraw wojskowości i terroryzmu.

O książce
Trzeba przyznać autorowi, że książka jest napisana w prawdziwie wojskowym stylu. Haney konkretnie i rzeczowo prowadzi czytelnika przez lata swoich doświadczeń jako członka oddziału Delta. Język którego używa przy pisaniu jest precyzyjny jak chirurgiczne cięcie, nie pozostawia wątpliwości, ani niedomówień co do tego, co autor chciał przekazać czytelnikowi.

Niewątpliwym plusem książki jest to, że autor skupia się w książce tylko na tym czego sam doświadczył. Cały czas opowiada nam o tym co sam widział i przeżył. Ta relacja z pierwszej ręki to największa zaleta książki. Pełen podziwu jestem dla świetnej pamięci Haneya. Selekcja do Delty, jego przeżycia i wrażenia są oddane tak dokładnie, że wprost samemu można poczuć wysiłek jak włożył w to doświadczenie. Sądząc z emocji oraz z tego jaką część książki zajmuje opis testów jakie przeszedł autor, aby dostać się do oddziału, było to jedno z najważniejszych przeżyć w jego życiu. Również misje które uznał za ważne opisał szczegółowo i precyzyjnie. Dla kogoś kto chce poznać Deltę trochę bliżej książka jest świetnym źródłem informacji.

Autor nad pewnymi rzeczami potrafi się rozwodzić przez kilkanaście (a nawet kilkadziesiąt) stron, przykładem choćby wspominana już selekcja, której opis zajmuje lwią część książki. Inne kwestie traktuje tymczasem po macoszemu – na przykład swoją pierwszą misję w Bejrucie, gdzie ochraniał ambasadora USA. Dwa i pół miesiąca pracy streścił ledwie na kilku stronach, gdzie w telegraficznym skrócie oddał specyfikę tego zajęcia.

W swojej książce Haney nie szczędzi gorzkich słów „ważniakom znad Potomaku”, określając ich jako „niepewnych”. Krytykuje brak ich zdecydowania i wahanie przy podejmowaniu decyzji. Przytyki spotykają także „biurkowych”  oficerów, którzy sami nie „wąchając prochu” gotowi są wysyłać żołnierzy Delty na pewną śmierć. Ceni sobie za to zasady Delty, które mówią, że operatorzy dostają zadanie do wykonania, ale sami decydują o tym jak to zadanie zostanie wykonane.

W beczce miodu nie zabrakło niestety i łyżki dziegciu. Wydawca, trochę na własne życzenie, podkłada sobie nogę przy publikacji tej niewątpliwie wartej uwagi pozycji. Podczas korekty przepuszczono całą masę literówek. Nie polując na nie w jakiś specjalny sposób zauważyłem ich co najmniej dwie dziesiątki. Takie drobiazgi psują odbiór, odwracają uwagę od treści, rozpraszają. Szkoda że przez takie „szkolne” błędy książka ciut traci.

Informacje na temat autora pochodzą z Wikipedii.

czwartek, 21 stycznia 2010

Korpus wrażliwych twardzieli

W 2008 roku HBO wyprodukowała mini-serial o inwazji na Irak w 2003 roku. Rzecz widziana jest oczami żołnierzy plutonu marines, zwanych z polska piechotą morską. Serial powstał na podstawie książki Evana Wrighta.

Jako, że tematyka wojny w filmie odrobinę mnie interesuje pozwoliłem sobie obejrzeć tą produkcję. Przyznaję, że po obejrzeniu wszystkich siedmiu odcinków zostałem trochę zaskoczony.  Obraz marines, bądź co bądź elitarnej jednostki, szczycącej się chlubną historią, złagodniał dziś bardzo. Ci, którzy pamiętają „Full Metal Jacket” Kubricka pewnie zrozumieją o czym piszę.


Kubrick w swoim filmie ukazał Korpus piechoty morskiej jako twardzieli, gdzie jednostka nie ma znaczenia liczy się dobro Korpusu i cele jakie ma osiągnąć. W filmie Kubricka produkowano po prostu maszyny do zabijania, ludzi którzy są dumni z tego że potrafią zabijać i robią to dobrze.

Tymczasem marines AD 2008 (data produkcji serialu) są grupą twardzieli, owszem, ale wrażliwych. Nie klną (pamiętacie teksty sierżanta z FMJ? – „Bóg kocha piechotę morską bo zabijamy wszystko co widzimy” – z tych cenzuralnych), pomagają rannym dzieciom („wzruszająca” scena, gdy prości żołnierze wstawiają się za odtransportowaniem do bazy ciężko rannego irackiego chłopca), czy pomagają uciekającym cywilom przenosić dobytek. Nawet wrzeszczący na wszystkich sierżant, mimo, że stara się być upierdliwy (w końcu jak świat światem sierżanci tacy są) w praktyce jest nieszkodliwy, nie zauważyłem, aby ukarał kogokolwiek przysłowiowym „czyszczeniem latryny szczoteczką do zębów”.

Owszem, są ludzie jak kapral Trombley, który martwi się, że inwazja trwa już kilka dni, a on nikogo nie zabił, czy biegający po Iraku z kałasznikowem „Kapitan Ameryka”, ale są to raczej osobne przypadki, niż typowy przykład żołnierza marines. Zresztą nawet Trombley, mimo, że ciekawy wojny (jako jedyny nie chowa się pod ostrzałem tylko lustruje okolicę) jest tu uosobieniem spokoju i rozwagi w porównaniu z (np.) „Kowbojem” z FMJ.

Co ciekawe, przeciętny żołnierz jest w serialu przedstawiany raczej jako człowiek rozsądny i wrażliwy, nieczuli są dowódcy wyższego stopnia, mający swoje ambicje, starający się zdobyć na wojnie awanse, przypodobać się przełożonym, nawet kosztem ostrzelania własnych pozycji, czy zbombardowania piachu na pustyni.

Sama wojna jest w serialu bardziej wycieczką niż walką o przetrwanie. Amerykanie dysponują przewagą ludzi oraz sprzętu, wśród wojsk Saddama panuje chaos, do tego stopnia, że marines bez wsparcia ciężkiego sprzętu zdobywają lotnisko bronione przez czołgi.  Żołnierze nie poruszają się już piechotą, ale szybko przemieszczają się Hammerami po irackich drogach. Sporadycznie biorą udział w jakiejś akcji, ale większość czasu spędzają w swoich autach przyglądając się jak turyści otaczającemu ich coraz większemu wojennemu chaosowi. Wrażenie wojskowej turystyki zwiększają dodatkowo sceny w których żołnierze robią sobie zdjęcia, czy kręcą filmy z tego co robią.

W całym filmie brak (moim zdaniem) charakterystycznych, „żywych” postaci z krwi i kości, które budowałyby klimat filmu. Owszem, jest wspomniany już „etatowy świr” wśród oficerów, czyli „Kapitan Ameryka”, jest „killer” kapral Trombley, jest „Iceman” sierżant Colbert, będący ostoją rozsądku i jeszcze kilka innych postaci, ale niestety brak w scenariuszu ciekawych pomysłów na budowę postaci. W filmie pojawia się polski akcent, w roli kaprala Hassera pojawia się Paweł Szajda znany u nas z „Tataraku” Wajdy.

Czy warto obejrzeć tą produkcję? Moim zdaniem tak. Możemy się przekonać jak dziś wygląda wojna oczami przeciętnego żołnierza. Jak wiele zmieniło się technologicznie i jak niewiele w ludzkiej psychice.

niedziela, 20 grudnia 2009

Już nie tak "Zły porucznik"

W 1992 roku Abel Ferrara wyreżyserował film pt. „Zły porucznik”, rzecz mroczną, zagłębiającą się w meandry ludzkiej duszy, bez prostych odpowiedzi, opowiadającą o upadku wartości. W filmie tytułową rolę „złego porucznika” zagrał Harvey Kietel. Zagrał brawurowo, odważnie, bardzo sugestywnie, po prostu świetnie. W 2009 roku Werner Herzog podjął wyzwanie i zmierzył się jeszcze raz z tym pomysłem. Nie sposób więc uniknąć porównywania obu produkcji.


Obaj porucznicy, stary i nowy, są rzeczywiście źli, narkotyzują się, uprawiają hazard, nie karmią łabędzi w parku. Ferrara nie tłumaczy czemu taki jest jego bohater, jest jaki jest, widać za to, że stacza się po równi pochyłej i nie ma już (pozornie) odwrotu.  Za to Herzog tłumaczy czemu „zły porucznik” jest zły, ma uszkodzony kręgosłup, który ciągle mu dolega. Dlatego ma napady złości, dlatego bierze narkotyki, dlatego pogrąża się coraz bardziej w problemach.

U Ferrary punktem zwrotnym jest gwałt na zakonnicy. Na przegniłym moralnie policjancie robi to szczególne wrażenie, nawet dla niego to profanacja świętości. Jeszcze większe wrażenie robi na nim zachowanie zakonnicy, która przebacza swoim krzywdzicielom, a nawet mimo, że wie kto ją zaatakował, nie chce ujawnić nazwisk. To tak bardzo wstrząsa psychiką gliny, że dokonuje się swego rodzaju przewartościowanie w jego życiu i nim dojdzie do tragicznego finału, dokona on jeszcze dobrego uczynku, być może pierwszego w swoim życiu.

U Herzoga z kolei gliniarz prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa kilkuosobowej rodziny. Staje się ono jego obsesją i dąży do wyjaśnienia sprawy wszelkimi możliwymi środkami.  Szantażuje, torturuje, oszukuje, wszystko aby osiągnąć cel. Nie czuć jakichś głębokich przeżyć moralnych, to jego pierwsza duża sprawa i za wszelką cenę chce ją rozwiązać.

W nowej wersji tego obrazu główną rolę odgrywa Nicolas Cage. Trzeba przyznać, że jest to jedna z lepszych jego ról. Patrząc na niego wprost czuje się promieniujący z jego kręgosłupa ból, rozumie się jego napady złości, tłumaczy się jego każde prawie zachowanie. Cage z zaciśniętymi z bólu zębami, przegięty męką w nienaturalnej pozie, zmierza uparcie do swojego celu. Nawet, gdy torturuje staruszkę w jego twarzy jest więcej bólu niż okrucieństwa. Tymczasem porucznik Keitla jest przesiąknięty złem do szpiku kości. Gdy się denerwuje jego twarz wprost emanuje złością, okrucieństwem. Przemierza swój świat w poszukiwaniu narkotyków i tanich emocji miażdżąc na swej drodze każdą przeszkodę.

Jak więc wypadają oba filmy we wzajemnej konkurencji? Według mnie pierwowzór jest lepszy. Film Ferrary jest mroczny, nie tłumaczy nikogo, ani niczego, nie wyjaśnia przyczyn, pokazuje skutki. U Herzoga jest to typowa amerykańska produkcja, dodajmy – niestety – bo film ma zadatki na dobre kino. Niestety, bo nie umie się wyrwać z ramek narzuconych przez Hollywood. Tak więc reżyser tłumaczy, czemu „zły porucznik” jest zły – jest chory, ma uszkodzony kręgosłup, a uszkodził go ratując życie więźnia. Po takim wstępie łatwiej już akceptować jego postępowanie, o wiele łatwiej niż bohatera z filmu Ferrary, gdzie policjant był zły – bo był zły.

„Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans” nie ustrzegł się także jeszcze jednego – w mojej opinii – błędu. Happy ending. W tym filmie okazuje się, że zbrodnia popłaca. Glina torturuje, przegrywa pieniądze, narkotyzuje się, zabija i w finale dostaje awans, a współczesny odpowiednik Marii Magdaleny zostaje matką jego dziecka. Cel uświęca środki? Po seansie filmu Herzoga można by tak sądzić.

piątek, 28 sierpnia 2009

Czy Jack Nicholson może być gejem?

Jedna z prywatnych polskich telewizji przypomniała właśnie film pod tytułem „Lepiej być nie może”. Film jak na amerykańskie komiksowe kino jest w miarę interesującą pozycją. Mamy więc plejadę dobrych (a nawet świetnych – tradycyjnie przedni Nicholson) aktorów, którzy malują nam bardzo sprawnie życie w wielkomiejskiej współczesnej dżungli.


Jest więc popularny pisarz w wieku emerytalnym, cierpiący na nerwicę natręctw, jest kelnerka (o urodzie przeciętnej, ale ujmująco naturalnej) borykająca się z ciężką chorobą syna, artysta – homoseksualista i jego przyjaciel – Murzyn (czy, jeśli kto woli Afroamerykanin). Ludzie ci, zderzeni przez los oddziaływają na siebie, co w zakończeniu filmu kończy się gremialnym happy endem dla każdego. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że film zabija polityczna poprawność.

Co by było gdyby stetryczały, złośliwy, zadufany w sobie pisarz grany przez Jacka Nicholsona był homo- (Jack zagra nawet książkę kucharską!), a nie hetero- seksualny?  Gej pojawia się, a jakże, ale w osobie wrażliwego malarza, ofiary brutalnego napadu. Czy nie może być odwrotnie? I czy samotna kelnerka (kobieta, a więc istota w powszechnym mniemaniu bezbronna) z chorym synkiem nie może być (na przykład) przystojnym, muskularnym młodzieńcem? Lub kimkolwiek innym. A czarnoskóry twardziel – przyjaciel o gołębim sercu nie może być jak reszta bohaterów, po prostu biały (w filmie prawie nie ma czarnoskórych, a wśród ról drugoplanowych jest tylko on)? Czy to jest aż tak nieprawdopodobne, że autorzy zdecydowali się na taką, a nie inną mieszankę płci, kolorów i charakterów?

Polityczna poprawność jest zabójstwem dla sztuki. Nawet tej lekkiej jak kino dla masowej widowni. Poprawne politycznie stereotypy tak bardzo wbiły się do świadomości amerykańskiego (naszego zresztą już też) społeczeństwa, że nikt nie bulwersuje się heteroseksualnym chamem. Powiem więcej, publiczność jest tak „wytresowana”, że przyklaskują przykrościom, które go spotykają. Gdyby taki sam był gej, większość obowiązkowo byłaby oburzona. Choć pewnie nie wszyscy tak w głębi duszy myślą.

Mierzi mnie to bardzo, psuje odbiór filmu. Czy musimy podlegać schematom, konwenansom? Czy to jaki ktoś ma kolor skóry, bądź jakie ma upodobania łóżkowe musi mieć wciąż znaczenie? Tak bardzo walczymy z rasizmem, że to co ma być normalne wynaturzamy jeszcze bardziej niż kiedyś, tylko w przeciwnym kierunku. Film który podlega z założenia schematom opierającym się na narzucaniu poprawnych politycznie stereotypów (a przecież wiązanie cech osobowościowych z rasą, bądź seksualnością jest chyba właśnie tym) nie ma szansy być kinem wielkim. Choć Nicholson jak zwykle jest świetny…

poniedziałek, 18 maja 2009

"Dlaczego rozstrzelali Stanisławów" - no właśnie, dlaczego?

Martin Pollack w swojej książce zabiera nas w podróż po Europie XX wieku, w chwile gdy historia decydowała o tym, jak potoczą się losy jej mieszkańców. Pryzmatem przez który patrzy autor jest  zwykły człowiek i to właśnie jego los interesuje go najbardziej.

Od razu zdradzam – nie dowiadujemy się dlaczego rozstrzelano tytułowych Stanisławów. Pytanie o ich śmierć, zdawałoby się bezsensowną, ma podobny sens jak pytanie o to, czy pierwsza była kura, czy jajo. Odpowiedź ma tu znaczenie drugorzędne, najważniejsze są poszukiwania. Taka jest właśnie cała książka, zachęca do zamyślenia się.

Pollack w swoich reportażach opowiada losy ludzi. Nie są to jednak historie ich życia, można by powiedzieć – odwrotnie, są to opowieści o tym jak historia wpływa na losy człowieka, który trafia w jej żarna. Pollack wynajduje w swoich podróżach przez czas i przestrzeń jakieś zdarzenie, malutki moment historii i obudowuje go losami ludzi którzy w nim uczestniczyli. Kilkoma zgrabnymi ruchami pióra ukazuje nam jaki wpływ opisywane zdarzenie wywiera na jego uczestników. Zarówno głównych bohaterów wydarzenia, jak i na jego świadków.

Wspomnienia uczestników wydarzeń, często nadgryzione zębem minionego czasu, odnalezione przypadkiem zdjęcia, stają się kamykami mozaiki, którą autor układa przed czytelnikiem. Mozaiki często niepełnej, niedokładnie ułożonej, ale przecież przez to właśnie ciekawszej, barwniejszej. Mozaiki niedokończonej, ale mimo to pełnej treści, prawdziwej, jak prawdziwe są ludzkie historie w niej zawarte. Być może brakuje w niej części elementów, ale nie w mniej kamyków zbędnych, bądź niepasujących.

Pollack swoje historie opowiada prostym, ale wciągającym językiem. Widać, że losy ludzi o których pisze nie są mu obojętne, przeżywa je wraz z nimi. Nie jest tylko bezdusznym obserwatorem wydarzeń, jest równocześnie ich emocjonalnym uczestnikiem. Dzięki niemu opowieści te ożywają na nowo, wyblakłe wspomnienia znów nabierają kolorów i treści. Dzięki wrażliwości i talentowi Pollack potrafił udowodnić, że historia nie jest suchą, zimną opowieścią o przeszłości, ale żywą nauką na przyszłość.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Koncentrat marzeń

W 1997 roku Henryk Dederko nakręcił dokument o firmie Amway pt. „Witajcie w życiu”. Od tego też roku, film nie był jeszcze oficjalnie rozpowszechniany, gdyż Amway zaskarżyła autorów produkcji o naruszenie dóbr osobistych korporacji. Do dziś toczą się w sądach różnych instancji procesy, które uniemożliwiają pokazanie filmu szerokiej publiczności. Dlatego właśnie produkcja ta stała się najbardziej znanym „półkownikiem” po przemianie ustrojowej w Polsce.


Na czym polega działalność Amway? Metodą na sukces  korporacji okazało się stworzenie sieci sprzedaży bezpośredniej. Po prostu werbuje się osoby, które werbują kolejnych ludzi, którzy werbują następnych i tak dalej. Równocześnie  wszyscy zwerbowani kupują firmowe produkty i materiały szkoleniowe, a także sprzedają je znajomym. Proste i skuteczne. Produkty są koncentratami o wysokiej wydajności, ale i równie wysokiej cenie.

O filmie mimo jego problemów (a może właśnie dlatego) wciąż się mówi. Obrósł legendą, mimo że mało kto go widział. W prasie pojawiały się spekulacje, że przyczyną blokady filmu jest nie wzmiankowane naruszenie dóbr firmy, ale działanie prewencyjne mające na celu uniemożliwienie poznania przez społeczeństwo metod rekrutacji i kierowania szeregowymi pracownikami korporacji. Uważa się, że proces pomiędzy twórcami, a korporacją to spór o granice wolności słowa i swobodę wypowiedzi.

Wychodząc ze znanego powiedzenia, że „jeśli czegoś nie ma w internecie to nie istnieje” – postanowiłem poszukać filmu. Szybko przekonałem się, że dokument ma „drugie życie” w globalnej sieci. Można go znaleźć wśród torrentów, udało mi się znaleźć film opublikowany na ftp. Nie czekając długo, rozpocząłem seans. Jakość filmu przypomniała mi „stare, dobre czasy”, gdy w „drugim obiegu” na zużytych kasetach VHS oglądało się w latach 80-tych największe zachodnie produkcje filmowe. Łza się w oku kręci. Do rzeczy jednak.

Czym zgrzeszył Dederko, że jego film trafił na kilkanaście lat do lamusa? Treścią dokumentu są przede wszystkim fragmenty firmowych meetingów, szkolenia nowych adeptów i wypowiedzi dystrybutorów Amwaya. Praktycznie brak jakiegoś zewnętrznego odautorskiego komentarza. Dederko w produkcji posługuje się montażem, aby przekazać swoje przesłanie.

Pierwsze co rzuca się w oczy podczas oglądania filmu, to ciągłe mamienie ludzi ich przyszłym bogactwem. Nikt tu nie ma wątpliwości, że pieniądze tylko czekają, aby je zarobić. Sukces materialny jest najważniejszym celem. „Pewien człowiek w Afryce znalazł 950 osób i stworzył sektę. Namówieni przez niego – wszyscy wypili truciznę. Jeżeli on znalazł 950 osób gotowych do popełnienia samobójstwa, to czy wy nie jesteście w stanie znaleźć trzech osób gotowych by zarobić wielkie pieniądze?” – taką mniej więcej historię opowiada jeden z prowadzących wykłady dla „amway’owców”.

Każdy członek korporacji musi mieć obowiązkowo marzenia. Nie takie zwykłe, ale wielkie. Im bardziej nierealne tym lepsze, z jednym jednak zastrzeżeniem – muszą być materialne, nic innego nie jest godne uwagi. Aby je spełnić trzeba oczywiście ciężko pracować. Amway „daje gwarancję”, że osiągnie się sukces, wystarczy tylko chcieć. Ba, korporacja ma dowody na poparcie swoich słów! Każdy pracownik korporacji musi kupować materiały szkoleniowe, w których ci, którzy już odnieśli sukces, opowiadają jak doszli do spełnienia swoich marzeń. Do tego każdy zmuszony jest do przeprowadzenia „autoindoktrynacji”: „Mam bogatą osobowość. Mam unikatową osobowość Amwaya. Jestem wspaniały, zdrowy i pozytywny. Będę pracować. Jestem entuzjastyczny. Inni ludzie będą chcieli być tacy jak ja. Ludzie będą mieli lepszy dzień, bo mnie dzisiaj spotkali. Jestem biznesmenem i mam rosnący biznes Amwaya. Kocham siebie i ludzi. Muszę wyglądać, jak święty, muszę być szczęśliwy. Proszę, aby moje marzenie nie umarło” – mówi jeden z bohaterów filmu z uśmiechem na stałe przyklejonym do twarzy.

„Witajcie w życiu” to film o mechanizmach korumpowania ludzkiej duszy. Ktoś, kto wejdzie do korporacji nie może w niej być „półgębkiem”, musi należeć do niej całym sobą, duszą i ciałem. Bezkrytycznie wierzyć we wszystko co mówią mu ludzie stojący wyżej w hierarchii. W zamian dostaje obietnicę „raju”, zagwarantowaną słowem tych, którym już się udało. „Raj” to oczywiście obietnica wielkiego bogactwa. Poddanie się praniu mózgu w zamian za spełnienie  marzeń, oczywiście tych materialnych, bo innych mieć nie warto.

Film Dederki jako dokument nie jest doskonały, po obejrzeniu całości, z czystym sumieniem można powiedzieć, że nie jest również obiektywny, ukazuje tylko jedną stronę medalu. Jednak reakcja korporacji, która zamiast podjąć dyskusję woli blokować publikację filmu daje dużo do myślenia.

Medialna blokada filmu nie do końca okazała się skuteczna. Proces w tej sprawie odbił się szerokim echem w mediach powodując duże zainteresowanie publiczności. Dzięki medialnemu szumowi wokół produkcji, „Witajcie w życiu” jest wciąż obecne w debacie publicznej, zaś sam dokument łatwo dostępny w internecie dla każdego zainteresowanego.

sobota, 14 marca 2009

"Czarny lód" - wracają tytani hardrocka

Któż nie zna AC/DC? Kto nie słyszał „Highway to hell”, „Heatseaker”, czy „Thunderstruck”? Jeśli ktoś odpowiedział pozytywnie na te pytania to…, …niech się wstydzi!  AC/DC gra już 36-ty rok i są zaliczani do prekursorów heavymetalu i hardrocka. Mimo, że średnia wieku w zespole bliższa jest 60-tki, niż 50-tki, to uczciwie trzeba przyznać, że „dinozaury” nie tracą impetu. Wydana w październiku 2008 roku „Black Ice” to kolejna (już piętnasta) studyjna płyta w dorobku AC/DC.


Plusy: Brzmi jak AC/DC

Dla każdego kto szuka dobrego, ostrego rocka ta płyta jest strzałem w „dziesiątkę”. Prawie każda piosenka to pewniak, szybki rytm, chwytliwe riffy to, to co „rockendrollowe tygrysy” lubią najbardziej. Australijczycy wciąż grają mocno, sprawnie, świetnie technicznie. Bracia Young na płycie wciąż są młodzi, a w głosie Briana Johnsona nie słychać zadyszki.

Otwierający album utwór „Rock ‘N Roll Train” jest zarazem najlepszym kawałkiem na płycie. Idealnie wpada w ucho, gitarowe riffy nie pozwalają usiedzieć na krześle. Za to właśnie kochamy AC/DC! Do najciekawszych utworów na płycie warto zaliczyć również  „War Machine”, oraz ciekawą, rozpędzającą się w miarę słuchania piosenkę „Rock ‘n’ Roll Dream”. Również tytułowy „Black Ice” daje sporego adrenalinowego kopa.

Minusy: Brzmi jak AC/DC

No tak. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć coś przełomowego na miarę wspomnianych we wstępie „Thunderstruck”, czy „Heatseaker”, to się zawiedzie. Na płycie nie ma wielkich, odkrywczych dokonań. To co słyszymy, to znany wszystkim dobrze zespół. Rozpoznawalny już od pierwszego taktu. AC/DC świetnie porusza się po wypracowanym przez siebie warsztacie, ale nie szuka już nowego brzmienia.
Płyta na pewno usatysfakcjonuje każdego, kto chce posłuchać muzyki którą lubi, wykonywanej przez legendarny zespół, który mimo upływu lat wciąż trzyma wysoko poprzeczkę. Nie wiem, czy powinno się jeszcze spodziewać rewolucji po AC/DC, choć niewątpliwie byłaby ona bardzo pozytywnym zaskoczeniem, ale jeśli ktoś jest fanem zespołu, to na pewno się nie zawiedzie na tej płycie. Dla słuchacza który pierwszy raz usłyszy AC/DC przy dźwiękach „Black Ice” album na pewno będzie świeżym i ciekawym doświadczeniem.

czwartek, 5 marca 2009

Korespondenta wojennego przypadki

Wiktor Bater podczas swojej zawodowej kariery pracował jako dziennikarz dla Polskiego Radia, Radia Zet, TVN, a ostatnio dla TVP. Jako korespondent wojenny przemierzył Bałkany, Bliski Wschód i Kaukaz. Swoje przeżycia, wrażenia i doświadczenia opisał w książce „Nikt nie spodziewa się rzezi. Notatki korespondenta wojennego”.


Sięgnąłem po tę książkę trochę przypadkiem. Skusiła mnie nadzieja przeczytania czyjejś, z pewnością subiektywnej (nie miejmy wątpliwości), ale za to żywej, osobistej relacji. Relacji naocznego świadka wydarzeń o których do tej pory słyszało się głównie w telewizji, a które przez pryzmat szkła ekranu telewizora stawały się odległe i obce. W pewnej części te oczekiwania zostały spełnione.


Już we wstępie autor zastrzega, że nie podejmuje się analizy konfliktów których jest świadkiem. Publikacja nie jest też zbiorem reportaży, raczej zbitkiem wspomnień. Najlepsze streszczenie wartości książki znajduje się już w podtytule – „Notatki korespondenta wojennego” – ano właśnie, notatki – trochę chaotyczne, czasem wprost beznamiętne i bezbarwne, innym razem zaś subiektywne do bólu i okraszone cynicznym komentarzem. Książka jest napisana bardzo nierównym stylem. Część relacji wciąga, pozwala prawie dotknąć „surowej” rzeczywistości (relacja z Biesłanu). Inne z kolei, choć opowiadają o ciekawych miejscach, są beznamiętne, a nawet „wieją nudą” (np. opis słynnej „alei snajperów” w Sarajewie).

Towarzysząc autorowi trafiamy najpierw do Jugosławii spływającej krwią wojny domowej. Bater pojawia się tam z konwojem humanitarnym Janiny Ochojskiej i zostaje, aby relacjonować przebieg walk. W następnym rozdziale przenosimy się do Abchazji. Tu, trochę ku zaskoczeniu czytelnika, autor opowiada nam o tym, jak poznał swoją żonę, w dalszej części zapoznając nas ze zwyczajami weselnymi Abchazów.  Rozdział zaczyna się od opisu ataku na bezbronnych plażowiczów, gdzieś w tle cały czas przewija się wątek konfliktu zbrojnego, ale ma on marginalne znaczenie.
Rozdział o Czeczeni zaliczam za to do najlepszych w książce. W brutalnym starciu dwóch sił udaje się autorowi pokazać tragedię zwykłych mieszkańców, którzy tracą najbliższych i cały majątek, a muszą opowiedzieć się po którejś stronie. W tym konflikcie, wedle relacji Wiktora Batera, nie ma tych „dobrych”, obie strony są „złe”, a zwykli ludzie stoją na z góry przegranej pozycji.

Równie ciekawym rozdziałem jest tekst o wydarzeniach w teatrze na  Dubrowce i w szkole w Biesłanie. Czuje się emocjonalne zaangażowanie autora. Tu  jest to zaletą. Bardzo wyraźną kreską Bater rysuje bezsilność ludzi czekających na jakiekolwiek informacje o zakładnikach przetrzymywanych przez terrorystów, brutalność służb specjalnych, nie liczących się z ludzkim życiem w dążeniu do osiągnięcia zamierzonego celu.
Przez całą książkę, jak mantra, przewija się wątek alkoholowy, świadczący o tym, że praca reportera w czasach wojny jest ryzykowna i stresująca, a więc trzeba czymś ukoić nerwy. Dzięki temu dowiadujemy się, w jakim regionie jaki alkohol się pija oraz jak go się organizuje w sytuacji, gdy jest nieosiągalny. Autor udowadnia,  że „Polak potrafi”. Rozdziały o Afganistanie, Iraku i Izraelu zaliczają się, w moim mniemaniu, do słabszych części książki, więc tylko z kronikarskiej dokładności zaznaczam, że autor śledził też wydarzenia odbywające się w tamtych regionach.

Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, na czym polega zawód korespondenta wojennego, to niewiele się z tej pozycji dowie o warsztacie pracy reportera w centrum konfliktów wojennych. Poszukiwacz rzetelnej relacji opisującej różne punkty widzenia stron konfliktu również odejdzie z kwitkiem. Na usprawiedliwienie autora przypomnę, że już we wstępie zastrzega on, że pisząc książkę nie miał takich aspiracji. Pozycję tę mogę zaś polecić temu, kto ma ochotę wyszukiwać ciekawostki, „rodzynki”, uatrakcyjniające czasem ciągnącą się relację. W końcu w każdej historii znajdzie się ziarenko prawdy. Dla zachęty dodać można że książkę czyta się szybko dzięki drukarskiej sztuczce wydawcy.

Na zakończenie zostaje smutna konkluzja, która jak drugie dno wyziera spośród kart książki. Korespondent wojenny w czasach pokoju ma pełne ręce roboty…

poniedziałek, 16 czerwca 2008

"Katyń" - spóźniona recenzja

„Katyń” obejrzałem dwa razy. Pierwszy raz, aby obejrzeć film emocjami, drugi by spokojnie przeanalizować dzieło. Film ze względu na tematykę nie poddaje się jednoznacznej ocenie.

Słowo „Katyń” to na sercu interesującego się historią Ojczyzny Polaka wciąż ropiejąca rana. Sam Andrzej Wajda mówił o tym dziele, że to jeden z jego najbardziej osobistych filmów. Ja sam dowiedziałem się o zbrodni katyńskiej jeszcze będąc nastolatkiem w czasach kiedy w kraju rządziła „jedynie słuszna” partia. Któregoś dnia całkiem przypadkiem, gdzieś na regale pod talerzami w domu rodziców znalazłem ulotki „Solidarności” opisujące to co się zdarzyło w katyńskich lasach. Całość okraszona była rysunkami ilustrującymi te wydarzenia. Żarliwie wczytałem się w te treści i z żalem odłożyłem ulotki w to samo miejsce, tak aby rodzice się nie zorientowali.


Lubię historię, jest dla mnie żywą częścią rzeczywistości, sprawa zbrodni katyńskiej głęboko zapadła w moje serce i od tamtej chwili szukałem różnych informacji weryfikując wiedzę szkolną z tą samodzielnie zdobywaną. Po upadku PRL wiedza o Katyniu wydobyta została na światło dzienne, a informacje na ten temat wreszcie można było zdobyć legalnie i w dużych ilościach. Nie można się więc dziwić, że na film o Katyniu czekałem z niecierpliwością, ale i z pewną rezerwą. Gdy w końcu go obejrzałem miałem mieszane uczucia. Film nie jest łatwy w ocenie ze względu na poruszaną tematykę. Chyba najlepszym (moim zdaniem) rozwiązaniem jest oddzielenie warstwy historycznej od techniczno – widowiskowej.

Wartość historyczna „Katynia”

Od strony przekazywanych treści historycznych uważam film za naprawdę dobrze zrobiony. Wojny prawie w tym filmie nie ma, żadnych widowiskowych scen batalistycznych, jedynie lekka osnowa, tak aby widz szybko znalazł się realiach wojny 1939 roku. Widzimy przerażonych cywili panicznie uciekających przed najeżdżającymi kraj ze wschodu i zachodu wojskami wrogów. Patrzymy na bezradność polskich jeńców wojennych, oficerów armii polskiej, którzy w pierwszych chwilach niewoli radzieckiej zagubieni pomiędzy swoimi powinnościami, a porywami serca krążą bezradnie wśród nielicznych żołnierzy Armii Czerwonej nie wiedząc, czy uciekać czy honorowo zostać w niewoli.

Ogromną według mnie zaletą filmu jest pokazanie obu potęg atakujących Polskę jako właściwie takich samych, nic nie różniących się machin zniszczenia. Rosjanie i Niemcy różnią się tylko mundurami, są tak samo okrutni, tak samo mordują i torturują. Świetnym sposobem na pokazanie tej zgodności oprawców są stylizowane na materiały archiwalne fragmenty kronik filmowych. Zarówno Niemcy jak i Rosjanie wykorzystują w filmie wątek mordu katyńskiego do swoich celów. Pokazują publicznie jakiego to okrutnego mordu dokonano na polskich jeńcach. Niemcy wskazują na Rosjan, Rosjanie na Niemców – ale język propagandy jest taki sam i gdyby w wersji niemieckiej zamienić tylko kilka słów świetnie – by pasowała do kroniki radzieckiej – i odwrotnie. Genialne!

Dobrze też jest ukazana bezradność rodzin oficerów zaginionych gdzieś w Rosji. Strach, ból, niepewność, potem gdy informacje o zbrodni przeciekają do publicznej wiadomości (przesiane przez propagandowe sito najpierw jednej potem drugiej strony) dochodzi do tego szok, bezbronność w zderzeniu z okrutną prawdą i brak pomocy z czyjejkolwiek strony. Na koniec, w epizodach powojennych widzimy zderzenie przeciętnego człowieka z okrucieństwem nowej rzeczywistości, nowa władza w kraju buduje nowe państwo i z potęgą walca niszczy każdego kto nie zgadza się z odgórnie narzuconą wersją wydarzeń.

Końcowa scena egzekucji polskich oficerów to naprawdę przejmujący obraz. Ludzie mordowani są metodą przemysłową, radzieccy żołnierze z zimnym okrucieństwem bezmyślnych maszyn dokonują masowego morderstwa. Zderzenie ludzkiej śmierci z tą zimną obojętnością poraża widza i zatrzymuje oddech w piersi. Czytaliście „Kontrolę” Wiktora Suworowa? Autor opisuje tam jak w Rosji Radzieckiej wykonuje się masowe egzekucje – na spokojnie, prawie dla przyjemności, dla oprawców jest to zabawa kończąca się popijawą. Sceny w filmie współgrają z tym opisem. Przejmujące wynaturzenie ludzkiej osobowości, gdzie zabójstwo staje się równie proste jak wyczyszczenie nosa.

„Katyń” jako widowisko

Film jako dzieło sztuki, widowisko mające opowiedzieć pewną historię, wciągnąć w nią widza prezentuje się niestety gorzej. Od strony warsztatowej zrobiony jest oczywiście bardzo dobrze, wiadomo – Wajda, może ręka już nie ta co kiedyś, ale wciąż dobra. Odczuwam jednak pewną gorycz, spodziewałem się dzieła wybitnego, a zobaczyłem „jedynie” przyzwoite rzemiosło.

„Katyń” tak naprawdę nie opowiada żadnej historii. To znaczy owszem, powszechnie wiadomo, że jest to film o zbrodni katyńskiej i rodzinach ofiar które muszą indywidualnie zmagać się z okrutną i niesprawiedliwą rzeczywistością. Niestety nie ma w filmie wątku przewodniego, jakiejś historii z którą utożsamiałby się widz. Patrzymy na losy kilku kobiet które szukają informacji o swoich mężach, synach, ojcach, czy braciach, ale jakoś trudno widzowi wejść w ich skórę. Przynajmniej mnie było trudno. Patrzałem z boku nie angażując się emocjonalnie w ich indywidualne historie. Szkoda. Film składa się tak naprawdę z serii epizodów które łączą postacie tych kobiet. Niestety narracja w tych epizodach jest nierówna i to też przeszkadzało mi we „wsiąknięciu” w film. Niektóre epizody są krótkie, szczególnie w początkowej części filmu, by w drugiej połowie rozciągać się w jakieś wielominutowe dłużyzny i po prostu nudzić. Mistrz Wajda tak bardzo chciał przekazać nam swoje przemyślenia, aż zapomniał o tym, że „diabeł tkwi w szczegółach”.

No właśnie, tu doszliśmy do rzeczy która najbardziej moim zdaniem przeszkadza w filmie, czyli natrętnej wprost symboliki. Zgadzam się że za pomocą symboli można niewerbalnie przekazać wiele rzeczy, wszak wiadomo że większość przekazywanych informacji to mowa znaków, zaś słowa to jedynie jedna czwarta przekazu. Ale czemu tak natrętnie, tak nachalnie, tak dosłownie? Gdyby ktoś napisał, że film zbudowany ze scen w których główną rolę odgrywają symbole – można się z nim spokojnie zgodzić. Symbole w tym filmie są ważniejsze od ludzi. Niestety.

Kilka przykładów, wybór jest bogaty, ale wspomnę tylko nieliczne. Scena koło kościoła, gdzie jedna z bohaterek znajduje postać przykrytą wojskowym płaszczem, która zdaje się być jej mężem. Kobieta odchyla płaszcz …i pod nim znajduje rzeźbę Chrystusa. Lub scena gdzie uciekinierzy ze wschodu i z zachodu spotykają się ze sobą, jedni drugich ostrzegają przed nacierającym wrogiem, Wermachtem i Armią Czerwoną. Spotykają się oczywiście na moście… Przesuńmy się kilka chwil dalej. Dwaj radzieccy żołnierze zdzierają polskie flagi, odrywają biel od czerwieni, czerwona flaga wraca na ścianę zaś z białego płótna żołnierze robią onuce. I takie sceny oglądamy przez cały film. W końcowej scenie rozstrzeliwania oficerów, która jest przejmująca sama z siebie, Wajda również nie mógł się powstrzymać, ręce polskiego generała przed rozstrzelaniem wiązane są drutem kolczastym… Każda z tych scen indywidualnie broni się bez problemu, wszystkie razem niestety nie.

Jeszcze jedna uwaga, nie robię z niej zarzutu, to moja opinia i sprawa ta nie ma większego wpływu na odbiór filmu. Chodzi o obsadę aktorską. W filmie zagrał kwiat naszych aktorów, postaci znane i lubiane – Englert, Żmijewski, Stenka, Cielecka, i tak dalej. Nie wiem czy to akurat dobry pomysł. Jak już pisałem, symbolika, historia – są tu ważniejsze od postaci, czy nie lepiej byłoby obsadzić w tych rolach nieznanych aktorów? Ich obce twarze lepiej przekazywały uniwersalność historii, przypadkowość ludzkich losów.

Na koniec

Czy warto obejrzeć „Katyń”? Oczywiście tak! Film mimo kilku wad które moim zdaniem posiada jest interesującym głosem w sprawie bolesnej dla naszej Ojczyzny zbrodni. Głosem o stosunkach polsko – radzieckich w pierwszych latach po wojnie. Jest też źródłem informacji o tych wydarzeniach, które w tej formie dotrze do większej liczby ludzi i lepiej przemówi do duszy niż zimny przekaz książki historycznej. I choć „Katyń” to nie „Kanał”, ale obejrzyjcie go koniecznie.