Martin Pollack w swojej książce zabiera nas w podróż po Europie XX wieku, w chwile gdy historia decydowała o tym, jak potoczą się losy jej mieszkańców. Pryzmatem przez który patrzy autor jest zwykły człowiek i to właśnie jego los interesuje go najbardziej.
Od razu zdradzam – nie dowiadujemy się dlaczego rozstrzelano tytułowych Stanisławów. Pytanie o ich śmierć, zdawałoby się bezsensowną, ma podobny sens jak pytanie o to, czy pierwsza była kura, czy jajo. Odpowiedź ma tu znaczenie drugorzędne, najważniejsze są poszukiwania. Taka jest właśnie cała książka, zachęca do zamyślenia się.
Pollack w swoich reportażach opowiada losy ludzi. Nie są to jednak historie ich życia, można by powiedzieć – odwrotnie, są to opowieści o tym jak historia wpływa na losy człowieka, który trafia w jej żarna. Pollack wynajduje w swoich podróżach przez czas i przestrzeń jakieś zdarzenie, malutki moment historii i obudowuje go losami ludzi którzy w nim uczestniczyli. Kilkoma zgrabnymi ruchami pióra ukazuje nam jaki wpływ opisywane zdarzenie wywiera na jego uczestników. Zarówno głównych bohaterów wydarzenia, jak i na jego świadków.
Wspomnienia uczestników wydarzeń, często nadgryzione zębem minionego czasu, odnalezione przypadkiem zdjęcia, stają się kamykami mozaiki, którą autor układa przed czytelnikiem. Mozaiki często niepełnej, niedokładnie ułożonej, ale przecież przez to właśnie ciekawszej, barwniejszej. Mozaiki niedokończonej, ale mimo to pełnej treści, prawdziwej, jak prawdziwe są ludzkie historie w niej zawarte. Być może brakuje w niej części elementów, ale nie w mniej kamyków zbędnych, bądź niepasujących.
Pollack swoje historie opowiada prostym, ale wciągającym językiem. Widać, że losy ludzi o których pisze nie są mu obojętne, przeżywa je wraz z nimi. Nie jest tylko bezdusznym obserwatorem wydarzeń, jest równocześnie ich emocjonalnym uczestnikiem. Dzięki niemu opowieści te ożywają na nowo, wyblakłe wspomnienia znów nabierają kolorów i treści. Dzięki wrażliwości i talentowi Pollack potrafił udowodnić, że historia nie jest suchą, zimną opowieścią o przeszłości, ale żywą nauką na przyszłość.
poniedziałek, 18 maja 2009
środa, 22 kwietnia 2009
Wolność słowa? Tylko prywatnie
Miss Kalifornii, podobno pewniak do korony Miss USA, straciła szansę na zdobycie tytułu… bo powiedziała szczerze to co myśli. Jak donosi serwis internetowy TVN24 , finalistka Carrie Prejean na pytanie co sądzi o małżeństwach gejów i lesbijek odpowiedziała: „Żyjemy w kraju, gdzie można wybrać między małżeństwem między mężczyzną a kobietą, a między osobami tej samej płci. Osobiście wierzę, że małżeństwo to związek między mężczyzną a kobietą„. Okazuje się, że szczerość nie popłaca. Zgromadzona na widowni publiczność zareagowała „buczeniem” (określenie TVN24), również prowadzący konkurs wyrazili swoje niezadowolenie z jej wypowiedzi. Być może ta szczerość spowodowała, że korona Miss USA powędrowała w ręce Kristen Dalton.
Cóż z tego wynika? Moim zdaniem tyle, że polityczna poprawność wymknęła się już spod kontroli (przykład panny Prejean to tylko szczyt góry lodowej) i teraz trzyma rękę na ustach tak szumnie głoszonej oficjalnie (gwarantowanej konstytucją) wolności słowa. Czy, gdyby jakiś słynny gej powiedział, że małżeństwa heteroseksualne nie mają racji bytu opinia publiczna „buczałaby” równie głośno? Śmiem wątpić. Raczej przemilczałaby taką wypowiedź i przeszła nad nią do porządku. W końcu wszyscy ludzie są równi. Tylko, że niektórzy są równiejsi.
Cóż z tego wynika? Moim zdaniem tyle, że polityczna poprawność wymknęła się już spod kontroli (przykład panny Prejean to tylko szczyt góry lodowej) i teraz trzyma rękę na ustach tak szumnie głoszonej oficjalnie (gwarantowanej konstytucją) wolności słowa. Czy, gdyby jakiś słynny gej powiedział, że małżeństwa heteroseksualne nie mają racji bytu opinia publiczna „buczałaby” równie głośno? Śmiem wątpić. Raczej przemilczałaby taką wypowiedź i przeszła nad nią do porządku. W końcu wszyscy ludzie są równi. Tylko, że niektórzy są równiejsi.
sobota, 18 kwietnia 2009
Zatoka Piratów w opałach
Twórcy serwisu „Pirate Bay” (Gottfrid Svartholm Warg, Peter Sunde, Fredrik Neij i Carl Lundstrom) umożliwiającego internautom swobodną wymianę plików, w tym materiałów chronionych prawem autorskim, zostali skazani na rok więzienia. Oprócz ograniczenia wolności sąd nakazał im wypłacenie 30 mln koron (czyli ponad 3,5 mln dolarów amerykańskich) firmom, których prawa zostały naruszone (źródło).
Podstawą wyroku skazującego był zarzut pomocy w naruszaniu praw autorskich. Skazani nie przyznają się do winy i twierdzą, że niezależnie od decyzji sądu, serwis wciąż będzie funkcjonował. Tymczasem organizacja Business Software Alliance (BSA) chroniąca interesy koncernów branży rozrywkowej wydała oświadczenie, w którym wyraziła swoje zadowolenie z treści sądowego wyroku. BSA liczy, że wyrok ten przełoży się na dalsze postępy w walcem z piractwem i będzie on ostrzeżeniem dla innych serwisów umożliwiających wymianę nielegalnych plików (źródło).
Opinie dotyczące swobodnej wymiany plików są podzielone. Powszechnie wiadomo, że codziennie miliony internautów wymieniają się plikami, których spory odsetek to treści chronione prawem. I choć koncerny medialne walczą z tym procederem to wśród samych artystów i twórców zdania są różne. Jak donosi serwis technonews.pl znany pisarz Paulo Coelho popiera taką działalność. W swojej wypowiedzi na którą powołuje się serwis stwierdził: „Uważam, że dzielenie się różnymi rzeczami leży w ludzkiej naturze – nie da się tego zablokować jakimiś przepisami. Od początku ludzkości czuliśmy potrzebę dzielenia się wszystkim – od żywności po sztukę. To część człowieczeństwa…”
Czy ten wyrok oznacza początek końca istnienia serwisu? Być może, ale raczej nie świadczy o końcu internetowego piractwa. Dowodem na to twierdzenie może być los serwisu Napster – niegdyś największego portalu umożliwiającego wymianę plików z muzyką metodą p2p. W wyniku procesów sądowych z wytwórniami fonograficznymi Napster ograniczył swoim użytkownikom wymianę plików muzycznych chronionych prawem. Obecnie w serwisie można ściągać muzykę za opłatą. Mimo upadku Napstera i przekształcenia go w internetowy sklep muzyczny, możliwość swobodnej wymiany plików nie umarła wraz z serwisem i obecnie jest jeszcze popularniejsza niż kilka lat temu. Następcy „Pirackiej Zatoki” już być może wyrastają…
Sami twórcy Pirate Bay nie spuszczają z tonu i jak donosi serwis internetowy RMF FM zapowiedzieli, że serwis będzie działał nadal: „Tak, jak we wszystkich dobrych filmach, bohaterowie przegrywają na początku, ale na końcu i tak czeka ich wielkie zwycięstwo. Tylko tego nauczył nas Hollywood„. Wyrok sądu nie kończy jeszcze procesu, gdyż obrońcy skazanych zapowiedzieli apelację.
Podstawą wyroku skazującego był zarzut pomocy w naruszaniu praw autorskich. Skazani nie przyznają się do winy i twierdzą, że niezależnie od decyzji sądu, serwis wciąż będzie funkcjonował. Tymczasem organizacja Business Software Alliance (BSA) chroniąca interesy koncernów branży rozrywkowej wydała oświadczenie, w którym wyraziła swoje zadowolenie z treści sądowego wyroku. BSA liczy, że wyrok ten przełoży się na dalsze postępy w walcem z piractwem i będzie on ostrzeżeniem dla innych serwisów umożliwiających wymianę nielegalnych plików (źródło).
Opinie dotyczące swobodnej wymiany plików są podzielone. Powszechnie wiadomo, że codziennie miliony internautów wymieniają się plikami, których spory odsetek to treści chronione prawem. I choć koncerny medialne walczą z tym procederem to wśród samych artystów i twórców zdania są różne. Jak donosi serwis technonews.pl znany pisarz Paulo Coelho popiera taką działalność. W swojej wypowiedzi na którą powołuje się serwis stwierdził: „Uważam, że dzielenie się różnymi rzeczami leży w ludzkiej naturze – nie da się tego zablokować jakimiś przepisami. Od początku ludzkości czuliśmy potrzebę dzielenia się wszystkim – od żywności po sztukę. To część człowieczeństwa…”
Czy ten wyrok oznacza początek końca istnienia serwisu? Być może, ale raczej nie świadczy o końcu internetowego piractwa. Dowodem na to twierdzenie może być los serwisu Napster – niegdyś największego portalu umożliwiającego wymianę plików z muzyką metodą p2p. W wyniku procesów sądowych z wytwórniami fonograficznymi Napster ograniczył swoim użytkownikom wymianę plików muzycznych chronionych prawem. Obecnie w serwisie można ściągać muzykę za opłatą. Mimo upadku Napstera i przekształcenia go w internetowy sklep muzyczny, możliwość swobodnej wymiany plików nie umarła wraz z serwisem i obecnie jest jeszcze popularniejsza niż kilka lat temu. Następcy „Pirackiej Zatoki” już być może wyrastają…
Sami twórcy Pirate Bay nie spuszczają z tonu i jak donosi serwis internetowy RMF FM zapowiedzieli, że serwis będzie działał nadal: „Tak, jak we wszystkich dobrych filmach, bohaterowie przegrywają na początku, ale na końcu i tak czeka ich wielkie zwycięstwo. Tylko tego nauczył nas Hollywood„. Wyrok sądu nie kończy jeszcze procesu, gdyż obrońcy skazanych zapowiedzieli apelację.
wtorek, 14 kwietnia 2009
Superjedynki - "Kto się tam pokazuje tego ja nie szanuję"
Superjedynki są plebiscytem muzycznym organizowanym w Opolu od 2000 roku. Muzycy nagradzani są za osiągnięcia minionych dwunastu miesięcy. Czym się różni wydanie AD 2009 od poprzednich? Po pierwsze, w tym roku wśród nominowanych pojawiło się kilka zespołów rockowych (przy dotychczasowej dominacji popu). Po wtóre, najpewniejsi kandydaci do nagrody ogłosili bojkot plebiscytu.
Jak doniosły media tuż przed Wielkanocą, Grabaż – lider zespołu Strachy Na Lachy zażądał usunięcia kandydatury zespołu ze wszystkich kategorii, do których był nominowany. W swoim oświadczeniu wyjaśnia: „Jako zespół nie chcemy swoją twórczością, nazwą i czymkolwiek innym – związanym z nami – w jakikolwiek sposób być kojarzeni z obecną ekipą dowodzącą państwową telewizją„. Strachy Na Lachy nominowane były za płytę „Zakazane piosenki” wydaną we wrześniu 2008 roku.
Tuż po bojkocie ogłoszonym przez Grabaża z plebiscytu wycofał się Kazik Staszewski. Znając jego niechęć do wszelkiego rodzaju konkursów, nagród i tym podobnych, decyzja ta nie może dziwić. W tekście oświadczenia opublikowanym na jego stronie www był mniej radykalny od Grabowskiego, krótko poprosił o wycofanie jego kandydatury z nominowanych kategorii.
Co na to fani? Tradycyjnie opinie są podzielone. Jedni chwalą muzyków za twardą postawę („kaczydella” w komentarzu pod informacją prasową pisze: „pomimo że nie lubię paczki Grabaża to brawa dla niego i dla Kazika również, bo w dzisiejszych czasach te nagrody nie są odzwierciedleniem dokonań muzycznych, chodzi o sukces medialny – w sam raz dla Dody czy Feela ;]„), inni z kolei wzruszają ramionami („Dziadziu Kaziku, a kogo dziś to obchodzi?” - pisze internauta „dwa pokolenia później”).
Czy bojkot plebiscytu coś zmieni? Śmiem wątpić. Superjedynki to potężna machina zarabiająca spore pieniądze i nie poruszy ją jeden czy dwa „wyboje” na jej drodze. W kolejce do wyróżnień w tym roku wciąż czekają znani muzycy: Maleńczuk, Nosowska, Voo Voo, Habakuk, czy Maria Peszek. Na razie nie wygląda na to, by któryś z tych muzyków miał się przyłączyć do bojkotujących. „Show must go on”.
Jak doniosły media tuż przed Wielkanocą, Grabaż – lider zespołu Strachy Na Lachy zażądał usunięcia kandydatury zespołu ze wszystkich kategorii, do których był nominowany. W swoim oświadczeniu wyjaśnia: „Jako zespół nie chcemy swoją twórczością, nazwą i czymkolwiek innym – związanym z nami – w jakikolwiek sposób być kojarzeni z obecną ekipą dowodzącą państwową telewizją„. Strachy Na Lachy nominowane były za płytę „Zakazane piosenki” wydaną we wrześniu 2008 roku.
Tuż po bojkocie ogłoszonym przez Grabaża z plebiscytu wycofał się Kazik Staszewski. Znając jego niechęć do wszelkiego rodzaju konkursów, nagród i tym podobnych, decyzja ta nie może dziwić. W tekście oświadczenia opublikowanym na jego stronie www był mniej radykalny od Grabowskiego, krótko poprosił o wycofanie jego kandydatury z nominowanych kategorii.
Co na to fani? Tradycyjnie opinie są podzielone. Jedni chwalą muzyków za twardą postawę („kaczydella” w komentarzu pod informacją prasową pisze: „pomimo że nie lubię paczki Grabaża to brawa dla niego i dla Kazika również, bo w dzisiejszych czasach te nagrody nie są odzwierciedleniem dokonań muzycznych, chodzi o sukces medialny – w sam raz dla Dody czy Feela ;]„), inni z kolei wzruszają ramionami („Dziadziu Kaziku, a kogo dziś to obchodzi?” - pisze internauta „dwa pokolenia później”).
Czy bojkot plebiscytu coś zmieni? Śmiem wątpić. Superjedynki to potężna machina zarabiająca spore pieniądze i nie poruszy ją jeden czy dwa „wyboje” na jej drodze. W kolejce do wyróżnień w tym roku wciąż czekają znani muzycy: Maleńczuk, Nosowska, Voo Voo, Habakuk, czy Maria Peszek. Na razie nie wygląda na to, by któryś z tych muzyków miał się przyłączyć do bojkotujących. „Show must go on”.
niedziela, 5 kwietnia 2009
Koncentrat marzeń
W 1997 roku Henryk Dederko nakręcił dokument o firmie Amway pt. „Witajcie w życiu”. Od tego też roku, film nie był jeszcze oficjalnie rozpowszechniany, gdyż Amway zaskarżyła autorów produkcji o naruszenie dóbr osobistych korporacji. Do dziś toczą się w sądach różnych instancji procesy, które uniemożliwiają pokazanie filmu szerokiej publiczności. Dlatego właśnie produkcja ta stała się najbardziej znanym „półkownikiem” po przemianie ustrojowej w Polsce.
Na czym polega działalność Amway? Metodą na sukces korporacji okazało się stworzenie sieci sprzedaży bezpośredniej. Po prostu werbuje się osoby, które werbują kolejnych ludzi, którzy werbują następnych i tak dalej. Równocześnie wszyscy zwerbowani kupują firmowe produkty i materiały szkoleniowe, a także sprzedają je znajomym. Proste i skuteczne. Produkty są koncentratami o wysokiej wydajności, ale i równie wysokiej cenie.
O filmie mimo jego problemów (a może właśnie dlatego) wciąż się mówi. Obrósł legendą, mimo że mało kto go widział. W prasie pojawiały się spekulacje, że przyczyną blokady filmu jest nie wzmiankowane naruszenie dóbr firmy, ale działanie prewencyjne mające na celu uniemożliwienie poznania przez społeczeństwo metod rekrutacji i kierowania szeregowymi pracownikami korporacji. Uważa się, że proces pomiędzy twórcami, a korporacją to spór o granice wolności słowa i swobodę wypowiedzi.
Wychodząc ze znanego powiedzenia, że „jeśli czegoś nie ma w internecie to nie istnieje” – postanowiłem poszukać filmu. Szybko przekonałem się, że dokument ma „drugie życie” w globalnej sieci. Można go znaleźć wśród torrentów, udało mi się znaleźć film opublikowany na ftp. Nie czekając długo, rozpocząłem seans. Jakość filmu przypomniała mi „stare, dobre czasy”, gdy w „drugim obiegu” na zużytych kasetach VHS oglądało się w latach 80-tych największe zachodnie produkcje filmowe. Łza się w oku kręci. Do rzeczy jednak.
Czym zgrzeszył Dederko, że jego film trafił na kilkanaście lat do lamusa? Treścią dokumentu są przede wszystkim fragmenty firmowych meetingów, szkolenia nowych adeptów i wypowiedzi dystrybutorów Amwaya. Praktycznie brak jakiegoś zewnętrznego odautorskiego komentarza. Dederko w produkcji posługuje się montażem, aby przekazać swoje przesłanie.
Pierwsze co rzuca się w oczy podczas oglądania filmu, to ciągłe mamienie ludzi ich przyszłym bogactwem. Nikt tu nie ma wątpliwości, że pieniądze tylko czekają, aby je zarobić. Sukces materialny jest najważniejszym celem. „Pewien człowiek w Afryce znalazł 950 osób i stworzył sektę. Namówieni przez niego – wszyscy wypili truciznę. Jeżeli on znalazł 950 osób gotowych do popełnienia samobójstwa, to czy wy nie jesteście w stanie znaleźć trzech osób gotowych by zarobić wielkie pieniądze?” – taką mniej więcej historię opowiada jeden z prowadzących wykłady dla „amway’owców”.
Każdy członek korporacji musi mieć obowiązkowo marzenia. Nie takie zwykłe, ale wielkie. Im bardziej nierealne tym lepsze, z jednym jednak zastrzeżeniem – muszą być materialne, nic innego nie jest godne uwagi. Aby je spełnić trzeba oczywiście ciężko pracować. Amway „daje gwarancję”, że osiągnie się sukces, wystarczy tylko chcieć. Ba, korporacja ma dowody na poparcie swoich słów! Każdy pracownik korporacji musi kupować materiały szkoleniowe, w których ci, którzy już odnieśli sukces, opowiadają jak doszli do spełnienia swoich marzeń. Do tego każdy zmuszony jest do przeprowadzenia „autoindoktrynacji”: „Mam bogatą osobowość. Mam unikatową osobowość Amwaya. Jestem wspaniały, zdrowy i pozytywny. Będę pracować. Jestem entuzjastyczny. Inni ludzie będą chcieli być tacy jak ja. Ludzie będą mieli lepszy dzień, bo mnie dzisiaj spotkali. Jestem biznesmenem i mam rosnący biznes Amwaya. Kocham siebie i ludzi. Muszę wyglądać, jak święty, muszę być szczęśliwy. Proszę, aby moje marzenie nie umarło” – mówi jeden z bohaterów filmu z uśmiechem na stałe przyklejonym do twarzy.
„Witajcie w życiu” to film o mechanizmach korumpowania ludzkiej duszy. Ktoś, kto wejdzie do korporacji nie może w niej być „półgębkiem”, musi należeć do niej całym sobą, duszą i ciałem. Bezkrytycznie wierzyć we wszystko co mówią mu ludzie stojący wyżej w hierarchii. W zamian dostaje obietnicę „raju”, zagwarantowaną słowem tych, którym już się udało. „Raj” to oczywiście obietnica wielkiego bogactwa. Poddanie się praniu mózgu w zamian za spełnienie marzeń, oczywiście tych materialnych, bo innych mieć nie warto.
Film Dederki jako dokument nie jest doskonały, po obejrzeniu całości, z czystym sumieniem można powiedzieć, że nie jest również obiektywny, ukazuje tylko jedną stronę medalu. Jednak reakcja korporacji, która zamiast podjąć dyskusję woli blokować publikację filmu daje dużo do myślenia.
Medialna blokada filmu nie do końca okazała się skuteczna. Proces w tej sprawie odbił się szerokim echem w mediach powodując duże zainteresowanie publiczności. Dzięki medialnemu szumowi wokół produkcji, „Witajcie w życiu” jest wciąż obecne w debacie publicznej, zaś sam dokument łatwo dostępny w internecie dla każdego zainteresowanego.
Na czym polega działalność Amway? Metodą na sukces korporacji okazało się stworzenie sieci sprzedaży bezpośredniej. Po prostu werbuje się osoby, które werbują kolejnych ludzi, którzy werbują następnych i tak dalej. Równocześnie wszyscy zwerbowani kupują firmowe produkty i materiały szkoleniowe, a także sprzedają je znajomym. Proste i skuteczne. Produkty są koncentratami o wysokiej wydajności, ale i równie wysokiej cenie.
O filmie mimo jego problemów (a może właśnie dlatego) wciąż się mówi. Obrósł legendą, mimo że mało kto go widział. W prasie pojawiały się spekulacje, że przyczyną blokady filmu jest nie wzmiankowane naruszenie dóbr firmy, ale działanie prewencyjne mające na celu uniemożliwienie poznania przez społeczeństwo metod rekrutacji i kierowania szeregowymi pracownikami korporacji. Uważa się, że proces pomiędzy twórcami, a korporacją to spór o granice wolności słowa i swobodę wypowiedzi.
Wychodząc ze znanego powiedzenia, że „jeśli czegoś nie ma w internecie to nie istnieje” – postanowiłem poszukać filmu. Szybko przekonałem się, że dokument ma „drugie życie” w globalnej sieci. Można go znaleźć wśród torrentów, udało mi się znaleźć film opublikowany na ftp. Nie czekając długo, rozpocząłem seans. Jakość filmu przypomniała mi „stare, dobre czasy”, gdy w „drugim obiegu” na zużytych kasetach VHS oglądało się w latach 80-tych największe zachodnie produkcje filmowe. Łza się w oku kręci. Do rzeczy jednak.
Czym zgrzeszył Dederko, że jego film trafił na kilkanaście lat do lamusa? Treścią dokumentu są przede wszystkim fragmenty firmowych meetingów, szkolenia nowych adeptów i wypowiedzi dystrybutorów Amwaya. Praktycznie brak jakiegoś zewnętrznego odautorskiego komentarza. Dederko w produkcji posługuje się montażem, aby przekazać swoje przesłanie.
Pierwsze co rzuca się w oczy podczas oglądania filmu, to ciągłe mamienie ludzi ich przyszłym bogactwem. Nikt tu nie ma wątpliwości, że pieniądze tylko czekają, aby je zarobić. Sukces materialny jest najważniejszym celem. „Pewien człowiek w Afryce znalazł 950 osób i stworzył sektę. Namówieni przez niego – wszyscy wypili truciznę. Jeżeli on znalazł 950 osób gotowych do popełnienia samobójstwa, to czy wy nie jesteście w stanie znaleźć trzech osób gotowych by zarobić wielkie pieniądze?” – taką mniej więcej historię opowiada jeden z prowadzących wykłady dla „amway’owców”.
Każdy członek korporacji musi mieć obowiązkowo marzenia. Nie takie zwykłe, ale wielkie. Im bardziej nierealne tym lepsze, z jednym jednak zastrzeżeniem – muszą być materialne, nic innego nie jest godne uwagi. Aby je spełnić trzeba oczywiście ciężko pracować. Amway „daje gwarancję”, że osiągnie się sukces, wystarczy tylko chcieć. Ba, korporacja ma dowody na poparcie swoich słów! Każdy pracownik korporacji musi kupować materiały szkoleniowe, w których ci, którzy już odnieśli sukces, opowiadają jak doszli do spełnienia swoich marzeń. Do tego każdy zmuszony jest do przeprowadzenia „autoindoktrynacji”: „Mam bogatą osobowość. Mam unikatową osobowość Amwaya. Jestem wspaniały, zdrowy i pozytywny. Będę pracować. Jestem entuzjastyczny. Inni ludzie będą chcieli być tacy jak ja. Ludzie będą mieli lepszy dzień, bo mnie dzisiaj spotkali. Jestem biznesmenem i mam rosnący biznes Amwaya. Kocham siebie i ludzi. Muszę wyglądać, jak święty, muszę być szczęśliwy. Proszę, aby moje marzenie nie umarło” – mówi jeden z bohaterów filmu z uśmiechem na stałe przyklejonym do twarzy.
„Witajcie w życiu” to film o mechanizmach korumpowania ludzkiej duszy. Ktoś, kto wejdzie do korporacji nie może w niej być „półgębkiem”, musi należeć do niej całym sobą, duszą i ciałem. Bezkrytycznie wierzyć we wszystko co mówią mu ludzie stojący wyżej w hierarchii. W zamian dostaje obietnicę „raju”, zagwarantowaną słowem tych, którym już się udało. „Raj” to oczywiście obietnica wielkiego bogactwa. Poddanie się praniu mózgu w zamian za spełnienie marzeń, oczywiście tych materialnych, bo innych mieć nie warto.
Film Dederki jako dokument nie jest doskonały, po obejrzeniu całości, z czystym sumieniem można powiedzieć, że nie jest również obiektywny, ukazuje tylko jedną stronę medalu. Jednak reakcja korporacji, która zamiast podjąć dyskusję woli blokować publikację filmu daje dużo do myślenia.
Medialna blokada filmu nie do końca okazała się skuteczna. Proces w tej sprawie odbił się szerokim echem w mediach powodując duże zainteresowanie publiczności. Dzięki medialnemu szumowi wokół produkcji, „Witajcie w życiu” jest wciąż obecne w debacie publicznej, zaś sam dokument łatwo dostępny w internecie dla każdego zainteresowanego.
sobota, 14 marca 2009
"Czarny lód" - wracają tytani hardrocka
Któż nie zna AC/DC? Kto nie słyszał „Highway to hell”, „Heatseaker”, czy „Thunderstruck”? Jeśli ktoś odpowiedział pozytywnie na te pytania to…, …niech się wstydzi! AC/DC gra już 36-ty rok i są zaliczani do prekursorów heavymetalu i hardrocka. Mimo, że średnia wieku w zespole bliższa jest 60-tki, niż 50-tki, to uczciwie trzeba przyznać, że „dinozaury” nie tracą impetu. Wydana w październiku 2008 roku „Black Ice” to kolejna (już piętnasta) studyjna płyta w dorobku AC/DC.
Plusy: Brzmi jak AC/DC
Dla każdego kto szuka dobrego, ostrego rocka ta płyta jest strzałem w „dziesiątkę”. Prawie każda piosenka to pewniak, szybki rytm, chwytliwe riffy to, to co „rockendrollowe tygrysy” lubią najbardziej. Australijczycy wciąż grają mocno, sprawnie, świetnie technicznie. Bracia Young na płycie wciąż są młodzi, a w głosie Briana Johnsona nie słychać zadyszki.
Otwierający album utwór „Rock ‘N Roll Train” jest zarazem najlepszym kawałkiem na płycie. Idealnie wpada w ucho, gitarowe riffy nie pozwalają usiedzieć na krześle. Za to właśnie kochamy AC/DC! Do najciekawszych utworów na płycie warto zaliczyć również „War Machine”, oraz ciekawą, rozpędzającą się w miarę słuchania piosenkę „Rock ‘n’ Roll Dream”. Również tytułowy „Black Ice” daje sporego adrenalinowego kopa.
Minusy: Brzmi jak AC/DC
No tak. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć coś przełomowego na miarę wspomnianych we wstępie „Thunderstruck”, czy „Heatseaker”, to się zawiedzie. Na płycie nie ma wielkich, odkrywczych dokonań. To co słyszymy, to znany wszystkim dobrze zespół. Rozpoznawalny już od pierwszego taktu. AC/DC świetnie porusza się po wypracowanym przez siebie warsztacie, ale nie szuka już nowego brzmienia.
Płyta na pewno usatysfakcjonuje każdego, kto chce posłuchać muzyki którą lubi, wykonywanej przez legendarny zespół, który mimo upływu lat wciąż trzyma wysoko poprzeczkę. Nie wiem, czy powinno się jeszcze spodziewać rewolucji po AC/DC, choć niewątpliwie byłaby ona bardzo pozytywnym zaskoczeniem, ale jeśli ktoś jest fanem zespołu, to na pewno się nie zawiedzie na tej płycie. Dla słuchacza który pierwszy raz usłyszy AC/DC przy dźwiękach „Black Ice” album na pewno będzie świeżym i ciekawym doświadczeniem.
Plusy: Brzmi jak AC/DC
Dla każdego kto szuka dobrego, ostrego rocka ta płyta jest strzałem w „dziesiątkę”. Prawie każda piosenka to pewniak, szybki rytm, chwytliwe riffy to, to co „rockendrollowe tygrysy” lubią najbardziej. Australijczycy wciąż grają mocno, sprawnie, świetnie technicznie. Bracia Young na płycie wciąż są młodzi, a w głosie Briana Johnsona nie słychać zadyszki.
Otwierający album utwór „Rock ‘N Roll Train” jest zarazem najlepszym kawałkiem na płycie. Idealnie wpada w ucho, gitarowe riffy nie pozwalają usiedzieć na krześle. Za to właśnie kochamy AC/DC! Do najciekawszych utworów na płycie warto zaliczyć również „War Machine”, oraz ciekawą, rozpędzającą się w miarę słuchania piosenkę „Rock ‘n’ Roll Dream”. Również tytułowy „Black Ice” daje sporego adrenalinowego kopa.
Minusy: Brzmi jak AC/DC
No tak. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć coś przełomowego na miarę wspomnianych we wstępie „Thunderstruck”, czy „Heatseaker”, to się zawiedzie. Na płycie nie ma wielkich, odkrywczych dokonań. To co słyszymy, to znany wszystkim dobrze zespół. Rozpoznawalny już od pierwszego taktu. AC/DC świetnie porusza się po wypracowanym przez siebie warsztacie, ale nie szuka już nowego brzmienia.
Płyta na pewno usatysfakcjonuje każdego, kto chce posłuchać muzyki którą lubi, wykonywanej przez legendarny zespół, który mimo upływu lat wciąż trzyma wysoko poprzeczkę. Nie wiem, czy powinno się jeszcze spodziewać rewolucji po AC/DC, choć niewątpliwie byłaby ona bardzo pozytywnym zaskoczeniem, ale jeśli ktoś jest fanem zespołu, to na pewno się nie zawiedzie na tej płycie. Dla słuchacza który pierwszy raz usłyszy AC/DC przy dźwiękach „Black Ice” album na pewno będzie świeżym i ciekawym doświadczeniem.
czwartek, 5 marca 2009
Korespondenta wojennego przypadki
Wiktor Bater podczas swojej zawodowej kariery pracował jako dziennikarz dla Polskiego Radia, Radia Zet, TVN, a ostatnio dla TVP. Jako korespondent wojenny przemierzył Bałkany, Bliski Wschód i Kaukaz. Swoje przeżycia, wrażenia i doświadczenia opisał w książce „Nikt nie spodziewa się rzezi. Notatki korespondenta wojennego”.
Sięgnąłem po tę książkę trochę przypadkiem. Skusiła mnie nadzieja przeczytania czyjejś, z pewnością subiektywnej (nie miejmy wątpliwości), ale za to żywej, osobistej relacji. Relacji naocznego świadka wydarzeń o których do tej pory słyszało się głównie w telewizji, a które przez pryzmat szkła ekranu telewizora stawały się odległe i obce. W pewnej części te oczekiwania zostały spełnione.
Już we wstępie autor zastrzega, że nie podejmuje się analizy konfliktów których jest świadkiem. Publikacja nie jest też zbiorem reportaży, raczej zbitkiem wspomnień. Najlepsze streszczenie wartości książki znajduje się już w podtytule – „Notatki korespondenta wojennego” – ano właśnie, notatki – trochę chaotyczne, czasem wprost beznamiętne i bezbarwne, innym razem zaś subiektywne do bólu i okraszone cynicznym komentarzem. Książka jest napisana bardzo nierównym stylem. Część relacji wciąga, pozwala prawie dotknąć „surowej” rzeczywistości (relacja z Biesłanu). Inne z kolei, choć opowiadają o ciekawych miejscach, są beznamiętne, a nawet „wieją nudą” (np. opis słynnej „alei snajperów” w Sarajewie).
Towarzysząc autorowi trafiamy najpierw do Jugosławii spływającej krwią wojny domowej. Bater pojawia się tam z konwojem humanitarnym Janiny Ochojskiej i zostaje, aby relacjonować przebieg walk. W następnym rozdziale przenosimy się do Abchazji. Tu, trochę ku zaskoczeniu czytelnika, autor opowiada nam o tym, jak poznał swoją żonę, w dalszej części zapoznając nas ze zwyczajami weselnymi Abchazów. Rozdział zaczyna się od opisu ataku na bezbronnych plażowiczów, gdzieś w tle cały czas przewija się wątek konfliktu zbrojnego, ale ma on marginalne znaczenie.
Rozdział o Czeczeni zaliczam za to do najlepszych w książce. W brutalnym starciu dwóch sił udaje się autorowi pokazać tragedię zwykłych mieszkańców, którzy tracą najbliższych i cały majątek, a muszą opowiedzieć się po którejś stronie. W tym konflikcie, wedle relacji Wiktora Batera, nie ma tych „dobrych”, obie strony są „złe”, a zwykli ludzie stoją na z góry przegranej pozycji.
Równie ciekawym rozdziałem jest tekst o wydarzeniach w teatrze na Dubrowce i w szkole w Biesłanie. Czuje się emocjonalne zaangażowanie autora. Tu jest to zaletą. Bardzo wyraźną kreską Bater rysuje bezsilność ludzi czekających na jakiekolwiek informacje o zakładnikach przetrzymywanych przez terrorystów, brutalność służb specjalnych, nie liczących się z ludzkim życiem w dążeniu do osiągnięcia zamierzonego celu.
Przez całą książkę, jak mantra, przewija się wątek alkoholowy, świadczący o tym, że praca reportera w czasach wojny jest ryzykowna i stresująca, a więc trzeba czymś ukoić nerwy. Dzięki temu dowiadujemy się, w jakim regionie jaki alkohol się pija oraz jak go się organizuje w sytuacji, gdy jest nieosiągalny. Autor udowadnia, że „Polak potrafi”. Rozdziały o Afganistanie, Iraku i Izraelu zaliczają się, w moim mniemaniu, do słabszych części książki, więc tylko z kronikarskiej dokładności zaznaczam, że autor śledził też wydarzenia odbywające się w tamtych regionach.
Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, na czym polega zawód korespondenta wojennego, to niewiele się z tej pozycji dowie o warsztacie pracy reportera w centrum konfliktów wojennych. Poszukiwacz rzetelnej relacji opisującej różne punkty widzenia stron konfliktu również odejdzie z kwitkiem. Na usprawiedliwienie autora przypomnę, że już we wstępie zastrzega on, że pisząc książkę nie miał takich aspiracji. Pozycję tę mogę zaś polecić temu, kto ma ochotę wyszukiwać ciekawostki, „rodzynki”, uatrakcyjniające czasem ciągnącą się relację. W końcu w każdej historii znajdzie się ziarenko prawdy. Dla zachęty dodać można że książkę czyta się szybko dzięki drukarskiej sztuczce wydawcy.
Na zakończenie zostaje smutna konkluzja, która jak drugie dno wyziera spośród kart książki. Korespondent wojenny w czasach pokoju ma pełne ręce roboty…
Sięgnąłem po tę książkę trochę przypadkiem. Skusiła mnie nadzieja przeczytania czyjejś, z pewnością subiektywnej (nie miejmy wątpliwości), ale za to żywej, osobistej relacji. Relacji naocznego świadka wydarzeń o których do tej pory słyszało się głównie w telewizji, a które przez pryzmat szkła ekranu telewizora stawały się odległe i obce. W pewnej części te oczekiwania zostały spełnione.
Już we wstępie autor zastrzega, że nie podejmuje się analizy konfliktów których jest świadkiem. Publikacja nie jest też zbiorem reportaży, raczej zbitkiem wspomnień. Najlepsze streszczenie wartości książki znajduje się już w podtytule – „Notatki korespondenta wojennego” – ano właśnie, notatki – trochę chaotyczne, czasem wprost beznamiętne i bezbarwne, innym razem zaś subiektywne do bólu i okraszone cynicznym komentarzem. Książka jest napisana bardzo nierównym stylem. Część relacji wciąga, pozwala prawie dotknąć „surowej” rzeczywistości (relacja z Biesłanu). Inne z kolei, choć opowiadają o ciekawych miejscach, są beznamiętne, a nawet „wieją nudą” (np. opis słynnej „alei snajperów” w Sarajewie).
Towarzysząc autorowi trafiamy najpierw do Jugosławii spływającej krwią wojny domowej. Bater pojawia się tam z konwojem humanitarnym Janiny Ochojskiej i zostaje, aby relacjonować przebieg walk. W następnym rozdziale przenosimy się do Abchazji. Tu, trochę ku zaskoczeniu czytelnika, autor opowiada nam o tym, jak poznał swoją żonę, w dalszej części zapoznając nas ze zwyczajami weselnymi Abchazów. Rozdział zaczyna się od opisu ataku na bezbronnych plażowiczów, gdzieś w tle cały czas przewija się wątek konfliktu zbrojnego, ale ma on marginalne znaczenie.
Rozdział o Czeczeni zaliczam za to do najlepszych w książce. W brutalnym starciu dwóch sił udaje się autorowi pokazać tragedię zwykłych mieszkańców, którzy tracą najbliższych i cały majątek, a muszą opowiedzieć się po którejś stronie. W tym konflikcie, wedle relacji Wiktora Batera, nie ma tych „dobrych”, obie strony są „złe”, a zwykli ludzie stoją na z góry przegranej pozycji.
Równie ciekawym rozdziałem jest tekst o wydarzeniach w teatrze na Dubrowce i w szkole w Biesłanie. Czuje się emocjonalne zaangażowanie autora. Tu jest to zaletą. Bardzo wyraźną kreską Bater rysuje bezsilność ludzi czekających na jakiekolwiek informacje o zakładnikach przetrzymywanych przez terrorystów, brutalność służb specjalnych, nie liczących się z ludzkim życiem w dążeniu do osiągnięcia zamierzonego celu.
Przez całą książkę, jak mantra, przewija się wątek alkoholowy, świadczący o tym, że praca reportera w czasach wojny jest ryzykowna i stresująca, a więc trzeba czymś ukoić nerwy. Dzięki temu dowiadujemy się, w jakim regionie jaki alkohol się pija oraz jak go się organizuje w sytuacji, gdy jest nieosiągalny. Autor udowadnia, że „Polak potrafi”. Rozdziały o Afganistanie, Iraku i Izraelu zaliczają się, w moim mniemaniu, do słabszych części książki, więc tylko z kronikarskiej dokładności zaznaczam, że autor śledził też wydarzenia odbywające się w tamtych regionach.
Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, na czym polega zawód korespondenta wojennego, to niewiele się z tej pozycji dowie o warsztacie pracy reportera w centrum konfliktów wojennych. Poszukiwacz rzetelnej relacji opisującej różne punkty widzenia stron konfliktu również odejdzie z kwitkiem. Na usprawiedliwienie autora przypomnę, że już we wstępie zastrzega on, że pisząc książkę nie miał takich aspiracji. Pozycję tę mogę zaś polecić temu, kto ma ochotę wyszukiwać ciekawostki, „rodzynki”, uatrakcyjniające czasem ciągnącą się relację. W końcu w każdej historii znajdzie się ziarenko prawdy. Dla zachęty dodać można że książkę czyta się szybko dzięki drukarskiej sztuczce wydawcy.
Na zakończenie zostaje smutna konkluzja, która jak drugie dno wyziera spośród kart książki. Korespondent wojenny w czasach pokoju ma pełne ręce roboty…
wtorek, 26 sierpnia 2008
Pielgrzymi okiem mieszkańca Częstochowy
15 sierpnia wypada w Częstochowie szczyt pielgrzymkowy. Setki tysięcy pielgrzymów zbiera się pod szczytem Jasnej Góry, aby uczestniczyć w obchodach Święta Wniebowzięcia NMP. Zastanawialiście się jak to odbiera przeciętny częstochowianin?
W tym roku 15 sierpienia w Częstochowie rozpoczął się od wielkiej burzy i ulewy. Pioruny walą gęsto, a deszcz leje się strumieniami. Szczerze współczuję tym wszystkim, którzy w tysiącach namiotów rozsianych po całym mieście czekają aż w końcu przestanie lać. Zapowiada się bardzo mokre święto.
Już od kilku dni miasto u stóp Jasnej Góry przeżywa inwazję pielgrzymek. Ze wszystkich stron wchodzą setki grup maszerujących ludzi. Dosłownie. Przewiduje się, że w tym roku, w tym jednym tylko dniu pojawi się w Częstochowie 200 tysięcy pielgrzymów. Na głównych szlakach wejściowych do miasta od kilku dni płyną nieprzerwane strumienie ludzi.
Ludzie w kolorowych strojach machają rękami, chustami i śpiewają. Każda z tych grup wyposażona jest we własne nagłośnienie i oczywiście każda grupa śpiewa inną pieśń. W sumie daje to nieciekawy efekt, gdy pielgrzymi przekrzykują się nawzajem. W czasach kiedy byłem dzieckiem i oglądałem wkraczające do Częstochowy pielgrzymki nie było jeszcze głośników i kolorowe grupy maszerujących śpiewające religijne pieśni sprawiały bardziej harmonijne wrażenie. Dziś w moim odbiorze jest to po prostu hałas i rwetes. Konia z rzędem temu, kto zrozumie słowa śpiewanych pieśni.
Częstochowianie przyzwyczajeni do pielgrzymów na ogół przyjmują ich ciepło, pozdrawiając machaniem i cierpliwie znosząc utrudnienia. Największe są w ruchu drogowym. Bo utrudnienia są znaczne, przejazd przez Aleje NMP, zwykle i tak dość zakorkowane, teraz jest bardzo uciążliwy. Równie trudne jest dostanie się do miasta z niektórych kierunków, którymi tradycyjnie podążają pielgrzymki. Wyprzedzenie takiej grupy pielgrzymkowej jest dość trudne, a czasem niemożliwe. Sam kilka lat temu utknąłem na pół godziny w korku za idącą pielgrzymką. Po prostu nie dało się ich wyprzedzić. Zrozumiałym chyba jest, że akurat tej grupy nie darzyłem zbytnią sympatią.
Aleje NMP w ostatnich dniach pełne są ludzi zwiedzających centrum, okolice Jasnej Góry wyglądają jak gigantyczne ludzkie mrowisko. Ludzie kłębią się i przemieszczają we wszystkie możliwe strony. Zwykle w tym czasie trzymam się z daleka od centrum, ale nie zawsze jest to możliwe. Szczególnie gdy muszę jechać do pracy i wrócić z niej. Mam na to swój sposób. Jeżdżę na rowerze, więc większość przeszkód jestem w stanie ominąć o wiele szybciej niż kierowcy stojący w korkach samochodów.
Siedzę przed laptopem i zerkam na cieknące po szybie strugi deszczu. Jak większość mieszkańców „Świętego Miasta” staram się przeczekać ten dzień w ustroniu swojego domu. Z dala od tysięcy pielgrzymów. Oni stąd niedługo odejdą, ja zostanę. Wsadzę rodzinę w samochód i pojedziemy uklęknąć przed najbardziej znanym w Polsce ołtarzem. Tymczasem niech pielgrzymi cieszą się swoją chwilą modlitwy i religijnego uniesienia.
W tym roku 15 sierpienia w Częstochowie rozpoczął się od wielkiej burzy i ulewy. Pioruny walą gęsto, a deszcz leje się strumieniami. Szczerze współczuję tym wszystkim, którzy w tysiącach namiotów rozsianych po całym mieście czekają aż w końcu przestanie lać. Zapowiada się bardzo mokre święto.
Już od kilku dni miasto u stóp Jasnej Góry przeżywa inwazję pielgrzymek. Ze wszystkich stron wchodzą setki grup maszerujących ludzi. Dosłownie. Przewiduje się, że w tym roku, w tym jednym tylko dniu pojawi się w Częstochowie 200 tysięcy pielgrzymów. Na głównych szlakach wejściowych do miasta od kilku dni płyną nieprzerwane strumienie ludzi.
Ludzie w kolorowych strojach machają rękami, chustami i śpiewają. Każda z tych grup wyposażona jest we własne nagłośnienie i oczywiście każda grupa śpiewa inną pieśń. W sumie daje to nieciekawy efekt, gdy pielgrzymi przekrzykują się nawzajem. W czasach kiedy byłem dzieckiem i oglądałem wkraczające do Częstochowy pielgrzymki nie było jeszcze głośników i kolorowe grupy maszerujących śpiewające religijne pieśni sprawiały bardziej harmonijne wrażenie. Dziś w moim odbiorze jest to po prostu hałas i rwetes. Konia z rzędem temu, kto zrozumie słowa śpiewanych pieśni.
Częstochowianie przyzwyczajeni do pielgrzymów na ogół przyjmują ich ciepło, pozdrawiając machaniem i cierpliwie znosząc utrudnienia. Największe są w ruchu drogowym. Bo utrudnienia są znaczne, przejazd przez Aleje NMP, zwykle i tak dość zakorkowane, teraz jest bardzo uciążliwy. Równie trudne jest dostanie się do miasta z niektórych kierunków, którymi tradycyjnie podążają pielgrzymki. Wyprzedzenie takiej grupy pielgrzymkowej jest dość trudne, a czasem niemożliwe. Sam kilka lat temu utknąłem na pół godziny w korku za idącą pielgrzymką. Po prostu nie dało się ich wyprzedzić. Zrozumiałym chyba jest, że akurat tej grupy nie darzyłem zbytnią sympatią.
Aleje NMP w ostatnich dniach pełne są ludzi zwiedzających centrum, okolice Jasnej Góry wyglądają jak gigantyczne ludzkie mrowisko. Ludzie kłębią się i przemieszczają we wszystkie możliwe strony. Zwykle w tym czasie trzymam się z daleka od centrum, ale nie zawsze jest to możliwe. Szczególnie gdy muszę jechać do pracy i wrócić z niej. Mam na to swój sposób. Jeżdżę na rowerze, więc większość przeszkód jestem w stanie ominąć o wiele szybciej niż kierowcy stojący w korkach samochodów.
Siedzę przed laptopem i zerkam na cieknące po szybie strugi deszczu. Jak większość mieszkańców „Świętego Miasta” staram się przeczekać ten dzień w ustroniu swojego domu. Z dala od tysięcy pielgrzymów. Oni stąd niedługo odejdą, ja zostanę. Wsadzę rodzinę w samochód i pojedziemy uklęknąć przed najbardziej znanym w Polsce ołtarzem. Tymczasem niech pielgrzymi cieszą się swoją chwilą modlitwy i religijnego uniesienia.
piątek, 11 lipca 2008
"Shine a light" - wielki koncert legendy rocka
Najkrócej? W 2006 roku Martin Scorsese nakręcił koncert Stonesów. Przeczytajcie to jeszcze raz – wielki reżyser zrobił film z koncertu legendy rocka! Tego nie można przegapić! Panie i panowie… The Rolling Stones!
Nie będę ukrywał, że ta recenzja jest subiektywna, stronnicza i emocjonalna. Od dwudziestu lat słucham Stonesów i choć ostatni genialny album nagrali prawie dwie dekady temu („Steel Wheels” w 1989 r.), to wciąż tworzą dobre kawałki, a słuchanie ich muzyki to prawdziwa frajda. Ale zacznijmy od początku…
A początki były smutne. Premiera „Shine a light” (polskie tłumaczenie „Rolling Stones w blasku świateł”) w Polsce odbyła się 16 maja. Niestety ominęła Częstochowę. Jak wyczytałem w lokalnej prasie, dystrybutor uznał, że prawie ćwierć milionowe miasto nie zasługuje na kopię filmu i w ten sposób nasze Cinema City ominęła inwazja fanów rocka. Szczęśliwie mamy w Częstochowie Ośrodek Kultury Filmowej, który zadbał o fanów zespołu i zdobył film. Dzięki temu z lekkim poślizgiem w stosunku do premiery mogę Wam zrelacjonować to muzyczno-filmowe wydarzenie.
Film
Martin Scorsese to wirtuoz kina. Zgodzi się ze mną każdy komu wryły się w pamięć takie filmy jak „Wściekły byk”, „Taksówkarz”, czy „Ostatnie kuszenie Chrystusa”. Scorsese jest w moim prywatnym panteonie wielkich reżyserów na poczesnym miejscu. Dlatego powiązanie jego nazwiska ze Stonesami wywołało potężne wyładowanie elektryczne w mojej głowie. Już wtedy wiedziałem, że obejrzę ten film.
Reżyser nie bawi się w filmie w analizę popularności Stonesów, to po prostu jest oczywiste i ta oczywistość wycieka z każdej minuty filmu. Całość produkcji to po prostu koncert Rolling Stonesów, przetykany kilkoma archiwalnymi filmami pokazującymi początki kariery zespołu. Te wstawki to prawdziwe rodzynki w filmie. Ze wzruszeniem patrzy się na młodziutkiego Micka Jaggera, który na pytanie dziennikarza czy wyobraża sobie siebie skaczącego po scenie gdy ma 60 lat, odpowiada – tak, oczywiście. W następnym ujęciu widzimy jak „słowo staje się ciałem” i sześćdziesięciokilkuletni Jagger szaleje po scenie. Naprawdę łza kręci się w oku. W filmie pojawia się też polski akcent, zespołowi przedstawiany jest Aleksander Kwaśniewski (szczęściarz, był na takim koncercie!), ale spokojnie, były prezydent pojawia się ledwie na sekundę, nie ma się czym denerwować.
Do nakręcenia koncertu Scorsese zatrudnił najlepszych operatorów – i, uwierzcie, to widać. Koncert od strony filmowej zrobiony jest rewelacyjnie. Kamera wiruje wśród muzyków i widowni jak Mick po scenie. Jest wszędzie i widzi wszystko. Operatorzy z mistrzowską precyzją wychwytują grymasy muzyków, chwile uniesienia, radość grania. O wspaniałych ujęciach momentu gdzie Richards wypluwa papierosa czy rzuca kostką do gitary w stronę fana czytaliście na pewno w innych recenzjach. Powiem tylko, że to wszystko prawda, genialne ujęcia.
Jak na film wielkiego reżysera przystało, całość zmontowana została z wielką perfekcją. Zespół, kamery, światła, scenografia i publiczność tworzą spójną całość. Można się poczuć jakby było się na koncercie. Nawet lepiej! Który z uczestników koncertu ma szansę zobaczyć to wszystko, co pokazuje nam reżyser? Żaden! Film kipi emocjami, Jagger wije się na scenie, Richards z odwiecznym papierosem zwisającym na wardze gra świetne solówki, całość spięta klamrą mistrzowskich ujęć operatorów i sprawną reżyserią. Wspaniałe!
Koncert
Najtrudniejszy fragment recenzji. Tego się nie da powiedzieć zwykłymi słowami. Luuuudzie, co to za show! Koncert zaczyna się, nie, koncert wybucha dźwiękami „Jumping Jack Flash”, Jagger wskakuje jak z katapulty na scenę, feeria barw i dźwięków. Jak Wam to opowiedzieć? Mick skacze po scenie jak nastolatek, oglądałem archiwalne filmy z koncertów Stonesów z lat 60., Jagger skacze z tą samą żywotnością co 45 lat temu, niewiarygodne! Eksplozja energii! Tańczą światła, kamera krąży wokół Jaggera, starając się nadążyć za rytmem muzyki. Tradycyjnie zblazowany Richards kręci się powolnym krokiem po scenie, grając na gitarze. Gdzieś między nimi kręci się Ronnie Wood wtórując Keithowi. Muzyczna ekstaza.
Do udziału w koncercie Stonesi zaprosili kilku gości. Najbardziej zaskoczyła mnie Christina Aguilera, która świetnie wkomponowała się w repertuar Stonesów i stworzyła wraz z Mickiem żywiołowy duet. Najlepszym kawałkiem podczas koncertu był wspólny występ Stonesów i Buddy Guy’a w piosence „Champagne & Reefer”. Wspaniałe bluesowe brzmienie (za te bluesowe korzenie pokochałem Stonesów), świetne, współgrające ze sobą głosy Micka i Buddy’ego. W tej piosence widać wielkość zespołu, kunszt filmu. Muzycy bawią się dźwiękami, Buddy „rywalizuje” z Richardsem na gitarowe riffy, z Jaggerem „siłuje się” gitarą przeciw harmonijce ustnej. To wszystko robią z niekłamaną przyjemnością i każdy kto patrzy na tę scenę czuje wzruszenie, radość, muzyczną nirwanę. Choćby za to genialne połączenie muzyki i filmu w tej piosence, dające widzowi wrażenie zespolenia się z tym co widzi, należą się autorom pokłony.
Patrząc na koncert trudno uwierzyć, że jego główni bohaterowie mają już grubo po sześćdziesiątce. Mick to wulkan energii, świetna kondycja, wciąż świetny, charakterystyczny głos. Biega i śpiewa, odwiedza każdy kawałek sceny, elektryzuje publiczność i kamery. Jedyną postacią będącą jego przeciwwagą jest Keith Richards. Muzyk flegmatycznie porusza się po scenie, gra (ale cóż za wspaniała to gra) jakby od niechcenia, w jego ustach wiecznie wisi papieros, którego niedopałek co jakiś czas leci w jakiś kąt sceny, a na jego miejscu pojawia się nowy. I Richards tą flegmą i spokojem elektryzuje widza. Kamera wyraźnie go kocha. Operatorzy uchwycili kilka razy świetne ujęcia Keitha, gdy a to spluwa petem, a to rozdaje kostki do gitary fanom, to znów uśmiecha się trochę melancholijnie i nieobecnie do jakichś swoich myśli. Moim zdaniem Keith „kradnie” Mickowi koncert. Skończyły się już dawno czasy, gdy Jagger był samodzielnym frontmanem zespołu, teraz musi dzielić palmę pierwszeństwa z Richardsem. Trzeba przyznać, że robią to zgodnie. Warto też posłuchać jak Richards śpiewa, chrypiący głoś, praktycznie brak głosu, jedynie muzyczny słuch powoduje, że Keith trzyma rytm. Ale ten głos elektryzuje, przyciąga i czaruje. Porównanie Keitha do śmierci jest mało oryginalne, od dawna wszyscy to robią, tyle że to prawda. Jeśli śmierć miałaby wcielić się w któregoś z ludzi, to byłaby to fizjonomia Keitha Richardsa.
Po koncercie kamera wychodzi wraz z muzykami z budynku, a następnie na rozkaz Scorsese unosi się wysoko, coraz wyżej nad domami, w końcu widzimy nocną panoramę miasta ze spoglądającym na wszystko księżycem. Ten przepoczwarza się nagle w znany symbol Rolling Stonesów i wielki jęzor wysunięty z otwartych ust zawisa nad miastem. To prawda, Rolling Stonesi rządzą, nie można mieć wątpliwości. Napisy końcowe przewijają się przy dziękach tytułowego „Shine a light”, opanowuje mnie nostalgia, choć emocje wciąż krążą w żyłach, wielka szkoda, że to już koniec. Nie mogę się doczekać, gdy koncert ukarze się na DVD. Oby nie ominęło to Częstochowy.
Nie będę ukrywał, że ta recenzja jest subiektywna, stronnicza i emocjonalna. Od dwudziestu lat słucham Stonesów i choć ostatni genialny album nagrali prawie dwie dekady temu („Steel Wheels” w 1989 r.), to wciąż tworzą dobre kawałki, a słuchanie ich muzyki to prawdziwa frajda. Ale zacznijmy od początku…
A początki były smutne. Premiera „Shine a light” (polskie tłumaczenie „Rolling Stones w blasku świateł”) w Polsce odbyła się 16 maja. Niestety ominęła Częstochowę. Jak wyczytałem w lokalnej prasie, dystrybutor uznał, że prawie ćwierć milionowe miasto nie zasługuje na kopię filmu i w ten sposób nasze Cinema City ominęła inwazja fanów rocka. Szczęśliwie mamy w Częstochowie Ośrodek Kultury Filmowej, który zadbał o fanów zespołu i zdobył film. Dzięki temu z lekkim poślizgiem w stosunku do premiery mogę Wam zrelacjonować to muzyczno-filmowe wydarzenie.
Film
Martin Scorsese to wirtuoz kina. Zgodzi się ze mną każdy komu wryły się w pamięć takie filmy jak „Wściekły byk”, „Taksówkarz”, czy „Ostatnie kuszenie Chrystusa”. Scorsese jest w moim prywatnym panteonie wielkich reżyserów na poczesnym miejscu. Dlatego powiązanie jego nazwiska ze Stonesami wywołało potężne wyładowanie elektryczne w mojej głowie. Już wtedy wiedziałem, że obejrzę ten film.
Reżyser nie bawi się w filmie w analizę popularności Stonesów, to po prostu jest oczywiste i ta oczywistość wycieka z każdej minuty filmu. Całość produkcji to po prostu koncert Rolling Stonesów, przetykany kilkoma archiwalnymi filmami pokazującymi początki kariery zespołu. Te wstawki to prawdziwe rodzynki w filmie. Ze wzruszeniem patrzy się na młodziutkiego Micka Jaggera, który na pytanie dziennikarza czy wyobraża sobie siebie skaczącego po scenie gdy ma 60 lat, odpowiada – tak, oczywiście. W następnym ujęciu widzimy jak „słowo staje się ciałem” i sześćdziesięciokilkuletni Jagger szaleje po scenie. Naprawdę łza kręci się w oku. W filmie pojawia się też polski akcent, zespołowi przedstawiany jest Aleksander Kwaśniewski (szczęściarz, był na takim koncercie!), ale spokojnie, były prezydent pojawia się ledwie na sekundę, nie ma się czym denerwować.
Do nakręcenia koncertu Scorsese zatrudnił najlepszych operatorów – i, uwierzcie, to widać. Koncert od strony filmowej zrobiony jest rewelacyjnie. Kamera wiruje wśród muzyków i widowni jak Mick po scenie. Jest wszędzie i widzi wszystko. Operatorzy z mistrzowską precyzją wychwytują grymasy muzyków, chwile uniesienia, radość grania. O wspaniałych ujęciach momentu gdzie Richards wypluwa papierosa czy rzuca kostką do gitary w stronę fana czytaliście na pewno w innych recenzjach. Powiem tylko, że to wszystko prawda, genialne ujęcia.
Jak na film wielkiego reżysera przystało, całość zmontowana została z wielką perfekcją. Zespół, kamery, światła, scenografia i publiczność tworzą spójną całość. Można się poczuć jakby było się na koncercie. Nawet lepiej! Który z uczestników koncertu ma szansę zobaczyć to wszystko, co pokazuje nam reżyser? Żaden! Film kipi emocjami, Jagger wije się na scenie, Richards z odwiecznym papierosem zwisającym na wardze gra świetne solówki, całość spięta klamrą mistrzowskich ujęć operatorów i sprawną reżyserią. Wspaniałe!
Koncert
Najtrudniejszy fragment recenzji. Tego się nie da powiedzieć zwykłymi słowami. Luuuudzie, co to za show! Koncert zaczyna się, nie, koncert wybucha dźwiękami „Jumping Jack Flash”, Jagger wskakuje jak z katapulty na scenę, feeria barw i dźwięków. Jak Wam to opowiedzieć? Mick skacze po scenie jak nastolatek, oglądałem archiwalne filmy z koncertów Stonesów z lat 60., Jagger skacze z tą samą żywotnością co 45 lat temu, niewiarygodne! Eksplozja energii! Tańczą światła, kamera krąży wokół Jaggera, starając się nadążyć za rytmem muzyki. Tradycyjnie zblazowany Richards kręci się powolnym krokiem po scenie, grając na gitarze. Gdzieś między nimi kręci się Ronnie Wood wtórując Keithowi. Muzyczna ekstaza.
Do udziału w koncercie Stonesi zaprosili kilku gości. Najbardziej zaskoczyła mnie Christina Aguilera, która świetnie wkomponowała się w repertuar Stonesów i stworzyła wraz z Mickiem żywiołowy duet. Najlepszym kawałkiem podczas koncertu był wspólny występ Stonesów i Buddy Guy’a w piosence „Champagne & Reefer”. Wspaniałe bluesowe brzmienie (za te bluesowe korzenie pokochałem Stonesów), świetne, współgrające ze sobą głosy Micka i Buddy’ego. W tej piosence widać wielkość zespołu, kunszt filmu. Muzycy bawią się dźwiękami, Buddy „rywalizuje” z Richardsem na gitarowe riffy, z Jaggerem „siłuje się” gitarą przeciw harmonijce ustnej. To wszystko robią z niekłamaną przyjemnością i każdy kto patrzy na tę scenę czuje wzruszenie, radość, muzyczną nirwanę. Choćby za to genialne połączenie muzyki i filmu w tej piosence, dające widzowi wrażenie zespolenia się z tym co widzi, należą się autorom pokłony.
Patrząc na koncert trudno uwierzyć, że jego główni bohaterowie mają już grubo po sześćdziesiątce. Mick to wulkan energii, świetna kondycja, wciąż świetny, charakterystyczny głos. Biega i śpiewa, odwiedza każdy kawałek sceny, elektryzuje publiczność i kamery. Jedyną postacią będącą jego przeciwwagą jest Keith Richards. Muzyk flegmatycznie porusza się po scenie, gra (ale cóż za wspaniała to gra) jakby od niechcenia, w jego ustach wiecznie wisi papieros, którego niedopałek co jakiś czas leci w jakiś kąt sceny, a na jego miejscu pojawia się nowy. I Richards tą flegmą i spokojem elektryzuje widza. Kamera wyraźnie go kocha. Operatorzy uchwycili kilka razy świetne ujęcia Keitha, gdy a to spluwa petem, a to rozdaje kostki do gitary fanom, to znów uśmiecha się trochę melancholijnie i nieobecnie do jakichś swoich myśli. Moim zdaniem Keith „kradnie” Mickowi koncert. Skończyły się już dawno czasy, gdy Jagger był samodzielnym frontmanem zespołu, teraz musi dzielić palmę pierwszeństwa z Richardsem. Trzeba przyznać, że robią to zgodnie. Warto też posłuchać jak Richards śpiewa, chrypiący głoś, praktycznie brak głosu, jedynie muzyczny słuch powoduje, że Keith trzyma rytm. Ale ten głos elektryzuje, przyciąga i czaruje. Porównanie Keitha do śmierci jest mało oryginalne, od dawna wszyscy to robią, tyle że to prawda. Jeśli śmierć miałaby wcielić się w któregoś z ludzi, to byłaby to fizjonomia Keitha Richardsa.
Po koncercie kamera wychodzi wraz z muzykami z budynku, a następnie na rozkaz Scorsese unosi się wysoko, coraz wyżej nad domami, w końcu widzimy nocną panoramę miasta ze spoglądającym na wszystko księżycem. Ten przepoczwarza się nagle w znany symbol Rolling Stonesów i wielki jęzor wysunięty z otwartych ust zawisa nad miastem. To prawda, Rolling Stonesi rządzą, nie można mieć wątpliwości. Napisy końcowe przewijają się przy dziękach tytułowego „Shine a light”, opanowuje mnie nostalgia, choć emocje wciąż krążą w żyłach, wielka szkoda, że to już koniec. Nie mogę się doczekać, gdy koncert ukarze się na DVD. Oby nie ominęło to Częstochowy.
poniedziałek, 16 czerwca 2008
"Katyń" - spóźniona recenzja
„Katyń” obejrzałem dwa razy. Pierwszy raz, aby obejrzeć film emocjami, drugi by spokojnie przeanalizować dzieło. Film ze względu na tematykę nie poddaje się jednoznacznej ocenie.
Słowo „Katyń” to na sercu interesującego się historią Ojczyzny Polaka wciąż ropiejąca rana. Sam Andrzej Wajda mówił o tym dziele, że to jeden z jego najbardziej osobistych filmów. Ja sam dowiedziałem się o zbrodni katyńskiej jeszcze będąc nastolatkiem w czasach kiedy w kraju rządziła „jedynie słuszna” partia. Któregoś dnia całkiem przypadkiem, gdzieś na regale pod talerzami w domu rodziców znalazłem ulotki „Solidarności” opisujące to co się zdarzyło w katyńskich lasach. Całość okraszona była rysunkami ilustrującymi te wydarzenia. Żarliwie wczytałem się w te treści i z żalem odłożyłem ulotki w to samo miejsce, tak aby rodzice się nie zorientowali.
Lubię historię, jest dla mnie żywą częścią rzeczywistości, sprawa zbrodni katyńskiej głęboko zapadła w moje serce i od tamtej chwili szukałem różnych informacji weryfikując wiedzę szkolną z tą samodzielnie zdobywaną. Po upadku PRL wiedza o Katyniu wydobyta została na światło dzienne, a informacje na ten temat wreszcie można było zdobyć legalnie i w dużych ilościach. Nie można się więc dziwić, że na film o Katyniu czekałem z niecierpliwością, ale i z pewną rezerwą. Gdy w końcu go obejrzałem miałem mieszane uczucia. Film nie jest łatwy w ocenie ze względu na poruszaną tematykę. Chyba najlepszym (moim zdaniem) rozwiązaniem jest oddzielenie warstwy historycznej od techniczno – widowiskowej.
Wartość historyczna „Katynia”
Od strony przekazywanych treści historycznych uważam film za naprawdę dobrze zrobiony. Wojny prawie w tym filmie nie ma, żadnych widowiskowych scen batalistycznych, jedynie lekka osnowa, tak aby widz szybko znalazł się realiach wojny 1939 roku. Widzimy przerażonych cywili panicznie uciekających przed najeżdżającymi kraj ze wschodu i zachodu wojskami wrogów. Patrzymy na bezradność polskich jeńców wojennych, oficerów armii polskiej, którzy w pierwszych chwilach niewoli radzieckiej zagubieni pomiędzy swoimi powinnościami, a porywami serca krążą bezradnie wśród nielicznych żołnierzy Armii Czerwonej nie wiedząc, czy uciekać czy honorowo zostać w niewoli.
Ogromną według mnie zaletą filmu jest pokazanie obu potęg atakujących Polskę jako właściwie takich samych, nic nie różniących się machin zniszczenia. Rosjanie i Niemcy różnią się tylko mundurami, są tak samo okrutni, tak samo mordują i torturują. Świetnym sposobem na pokazanie tej zgodności oprawców są stylizowane na materiały archiwalne fragmenty kronik filmowych. Zarówno Niemcy jak i Rosjanie wykorzystują w filmie wątek mordu katyńskiego do swoich celów. Pokazują publicznie jakiego to okrutnego mordu dokonano na polskich jeńcach. Niemcy wskazują na Rosjan, Rosjanie na Niemców – ale język propagandy jest taki sam i gdyby w wersji niemieckiej zamienić tylko kilka słów świetnie – by pasowała do kroniki radzieckiej – i odwrotnie. Genialne!
Dobrze też jest ukazana bezradność rodzin oficerów zaginionych gdzieś w Rosji. Strach, ból, niepewność, potem gdy informacje o zbrodni przeciekają do publicznej wiadomości (przesiane przez propagandowe sito najpierw jednej potem drugiej strony) dochodzi do tego szok, bezbronność w zderzeniu z okrutną prawdą i brak pomocy z czyjejkolwiek strony. Na koniec, w epizodach powojennych widzimy zderzenie przeciętnego człowieka z okrucieństwem nowej rzeczywistości, nowa władza w kraju buduje nowe państwo i z potęgą walca niszczy każdego kto nie zgadza się z odgórnie narzuconą wersją wydarzeń.
Końcowa scena egzekucji polskich oficerów to naprawdę przejmujący obraz. Ludzie mordowani są metodą przemysłową, radzieccy żołnierze z zimnym okrucieństwem bezmyślnych maszyn dokonują masowego morderstwa. Zderzenie ludzkiej śmierci z tą zimną obojętnością poraża widza i zatrzymuje oddech w piersi. Czytaliście „Kontrolę” Wiktora Suworowa? Autor opisuje tam jak w Rosji Radzieckiej wykonuje się masowe egzekucje – na spokojnie, prawie dla przyjemności, dla oprawców jest to zabawa kończąca się popijawą. Sceny w filmie współgrają z tym opisem. Przejmujące wynaturzenie ludzkiej osobowości, gdzie zabójstwo staje się równie proste jak wyczyszczenie nosa.
„Katyń” jako widowisko
Film jako dzieło sztuki, widowisko mające opowiedzieć pewną historię, wciągnąć w nią widza prezentuje się niestety gorzej. Od strony warsztatowej zrobiony jest oczywiście bardzo dobrze, wiadomo – Wajda, może ręka już nie ta co kiedyś, ale wciąż dobra. Odczuwam jednak pewną gorycz, spodziewałem się dzieła wybitnego, a zobaczyłem „jedynie” przyzwoite rzemiosło.
„Katyń” tak naprawdę nie opowiada żadnej historii. To znaczy owszem, powszechnie wiadomo, że jest to film o zbrodni katyńskiej i rodzinach ofiar które muszą indywidualnie zmagać się z okrutną i niesprawiedliwą rzeczywistością. Niestety nie ma w filmie wątku przewodniego, jakiejś historii z którą utożsamiałby się widz. Patrzymy na losy kilku kobiet które szukają informacji o swoich mężach, synach, ojcach, czy braciach, ale jakoś trudno widzowi wejść w ich skórę. Przynajmniej mnie było trudno. Patrzałem z boku nie angażując się emocjonalnie w ich indywidualne historie. Szkoda. Film składa się tak naprawdę z serii epizodów które łączą postacie tych kobiet. Niestety narracja w tych epizodach jest nierówna i to też przeszkadzało mi we „wsiąknięciu” w film. Niektóre epizody są krótkie, szczególnie w początkowej części filmu, by w drugiej połowie rozciągać się w jakieś wielominutowe dłużyzny i po prostu nudzić. Mistrz Wajda tak bardzo chciał przekazać nam swoje przemyślenia, aż zapomniał o tym, że „diabeł tkwi w szczegółach”.
No właśnie, tu doszliśmy do rzeczy która najbardziej moim zdaniem przeszkadza w filmie, czyli natrętnej wprost symboliki. Zgadzam się że za pomocą symboli można niewerbalnie przekazać wiele rzeczy, wszak wiadomo że większość przekazywanych informacji to mowa znaków, zaś słowa to jedynie jedna czwarta przekazu. Ale czemu tak natrętnie, tak nachalnie, tak dosłownie? Gdyby ktoś napisał, że film zbudowany ze scen w których główną rolę odgrywają symbole – można się z nim spokojnie zgodzić. Symbole w tym filmie są ważniejsze od ludzi. Niestety.
Kilka przykładów, wybór jest bogaty, ale wspomnę tylko nieliczne. Scena koło kościoła, gdzie jedna z bohaterek znajduje postać przykrytą wojskowym płaszczem, która zdaje się być jej mężem. Kobieta odchyla płaszcz …i pod nim znajduje rzeźbę Chrystusa. Lub scena gdzie uciekinierzy ze wschodu i z zachodu spotykają się ze sobą, jedni drugich ostrzegają przed nacierającym wrogiem, Wermachtem i Armią Czerwoną. Spotykają się oczywiście na moście… Przesuńmy się kilka chwil dalej. Dwaj radzieccy żołnierze zdzierają polskie flagi, odrywają biel od czerwieni, czerwona flaga wraca na ścianę zaś z białego płótna żołnierze robią onuce. I takie sceny oglądamy przez cały film. W końcowej scenie rozstrzeliwania oficerów, która jest przejmująca sama z siebie, Wajda również nie mógł się powstrzymać, ręce polskiego generała przed rozstrzelaniem wiązane są drutem kolczastym… Każda z tych scen indywidualnie broni się bez problemu, wszystkie razem niestety nie.
Jeszcze jedna uwaga, nie robię z niej zarzutu, to moja opinia i sprawa ta nie ma większego wpływu na odbiór filmu. Chodzi o obsadę aktorską. W filmie zagrał kwiat naszych aktorów, postaci znane i lubiane – Englert, Żmijewski, Stenka, Cielecka, i tak dalej. Nie wiem czy to akurat dobry pomysł. Jak już pisałem, symbolika, historia – są tu ważniejsze od postaci, czy nie lepiej byłoby obsadzić w tych rolach nieznanych aktorów? Ich obce twarze lepiej przekazywały uniwersalność historii, przypadkowość ludzkich losów.
Na koniec
Czy warto obejrzeć „Katyń”? Oczywiście tak! Film mimo kilku wad które moim zdaniem posiada jest interesującym głosem w sprawie bolesnej dla naszej Ojczyzny zbrodni. Głosem o stosunkach polsko – radzieckich w pierwszych latach po wojnie. Jest też źródłem informacji o tych wydarzeniach, które w tej formie dotrze do większej liczby ludzi i lepiej przemówi do duszy niż zimny przekaz książki historycznej. I choć „Katyń” to nie „Kanał”, ale obejrzyjcie go koniecznie.
Słowo „Katyń” to na sercu interesującego się historią Ojczyzny Polaka wciąż ropiejąca rana. Sam Andrzej Wajda mówił o tym dziele, że to jeden z jego najbardziej osobistych filmów. Ja sam dowiedziałem się o zbrodni katyńskiej jeszcze będąc nastolatkiem w czasach kiedy w kraju rządziła „jedynie słuszna” partia. Któregoś dnia całkiem przypadkiem, gdzieś na regale pod talerzami w domu rodziców znalazłem ulotki „Solidarności” opisujące to co się zdarzyło w katyńskich lasach. Całość okraszona była rysunkami ilustrującymi te wydarzenia. Żarliwie wczytałem się w te treści i z żalem odłożyłem ulotki w to samo miejsce, tak aby rodzice się nie zorientowali.
Lubię historię, jest dla mnie żywą częścią rzeczywistości, sprawa zbrodni katyńskiej głęboko zapadła w moje serce i od tamtej chwili szukałem różnych informacji weryfikując wiedzę szkolną z tą samodzielnie zdobywaną. Po upadku PRL wiedza o Katyniu wydobyta została na światło dzienne, a informacje na ten temat wreszcie można było zdobyć legalnie i w dużych ilościach. Nie można się więc dziwić, że na film o Katyniu czekałem z niecierpliwością, ale i z pewną rezerwą. Gdy w końcu go obejrzałem miałem mieszane uczucia. Film nie jest łatwy w ocenie ze względu na poruszaną tematykę. Chyba najlepszym (moim zdaniem) rozwiązaniem jest oddzielenie warstwy historycznej od techniczno – widowiskowej.
Wartość historyczna „Katynia”
Od strony przekazywanych treści historycznych uważam film za naprawdę dobrze zrobiony. Wojny prawie w tym filmie nie ma, żadnych widowiskowych scen batalistycznych, jedynie lekka osnowa, tak aby widz szybko znalazł się realiach wojny 1939 roku. Widzimy przerażonych cywili panicznie uciekających przed najeżdżającymi kraj ze wschodu i zachodu wojskami wrogów. Patrzymy na bezradność polskich jeńców wojennych, oficerów armii polskiej, którzy w pierwszych chwilach niewoli radzieckiej zagubieni pomiędzy swoimi powinnościami, a porywami serca krążą bezradnie wśród nielicznych żołnierzy Armii Czerwonej nie wiedząc, czy uciekać czy honorowo zostać w niewoli.
Ogromną według mnie zaletą filmu jest pokazanie obu potęg atakujących Polskę jako właściwie takich samych, nic nie różniących się machin zniszczenia. Rosjanie i Niemcy różnią się tylko mundurami, są tak samo okrutni, tak samo mordują i torturują. Świetnym sposobem na pokazanie tej zgodności oprawców są stylizowane na materiały archiwalne fragmenty kronik filmowych. Zarówno Niemcy jak i Rosjanie wykorzystują w filmie wątek mordu katyńskiego do swoich celów. Pokazują publicznie jakiego to okrutnego mordu dokonano na polskich jeńcach. Niemcy wskazują na Rosjan, Rosjanie na Niemców – ale język propagandy jest taki sam i gdyby w wersji niemieckiej zamienić tylko kilka słów świetnie – by pasowała do kroniki radzieckiej – i odwrotnie. Genialne!
Dobrze też jest ukazana bezradność rodzin oficerów zaginionych gdzieś w Rosji. Strach, ból, niepewność, potem gdy informacje o zbrodni przeciekają do publicznej wiadomości (przesiane przez propagandowe sito najpierw jednej potem drugiej strony) dochodzi do tego szok, bezbronność w zderzeniu z okrutną prawdą i brak pomocy z czyjejkolwiek strony. Na koniec, w epizodach powojennych widzimy zderzenie przeciętnego człowieka z okrucieństwem nowej rzeczywistości, nowa władza w kraju buduje nowe państwo i z potęgą walca niszczy każdego kto nie zgadza się z odgórnie narzuconą wersją wydarzeń.
Końcowa scena egzekucji polskich oficerów to naprawdę przejmujący obraz. Ludzie mordowani są metodą przemysłową, radzieccy żołnierze z zimnym okrucieństwem bezmyślnych maszyn dokonują masowego morderstwa. Zderzenie ludzkiej śmierci z tą zimną obojętnością poraża widza i zatrzymuje oddech w piersi. Czytaliście „Kontrolę” Wiktora Suworowa? Autor opisuje tam jak w Rosji Radzieckiej wykonuje się masowe egzekucje – na spokojnie, prawie dla przyjemności, dla oprawców jest to zabawa kończąca się popijawą. Sceny w filmie współgrają z tym opisem. Przejmujące wynaturzenie ludzkiej osobowości, gdzie zabójstwo staje się równie proste jak wyczyszczenie nosa.
„Katyń” jako widowisko
Film jako dzieło sztuki, widowisko mające opowiedzieć pewną historię, wciągnąć w nią widza prezentuje się niestety gorzej. Od strony warsztatowej zrobiony jest oczywiście bardzo dobrze, wiadomo – Wajda, może ręka już nie ta co kiedyś, ale wciąż dobra. Odczuwam jednak pewną gorycz, spodziewałem się dzieła wybitnego, a zobaczyłem „jedynie” przyzwoite rzemiosło.
„Katyń” tak naprawdę nie opowiada żadnej historii. To znaczy owszem, powszechnie wiadomo, że jest to film o zbrodni katyńskiej i rodzinach ofiar które muszą indywidualnie zmagać się z okrutną i niesprawiedliwą rzeczywistością. Niestety nie ma w filmie wątku przewodniego, jakiejś historii z którą utożsamiałby się widz. Patrzymy na losy kilku kobiet które szukają informacji o swoich mężach, synach, ojcach, czy braciach, ale jakoś trudno widzowi wejść w ich skórę. Przynajmniej mnie było trudno. Patrzałem z boku nie angażując się emocjonalnie w ich indywidualne historie. Szkoda. Film składa się tak naprawdę z serii epizodów które łączą postacie tych kobiet. Niestety narracja w tych epizodach jest nierówna i to też przeszkadzało mi we „wsiąknięciu” w film. Niektóre epizody są krótkie, szczególnie w początkowej części filmu, by w drugiej połowie rozciągać się w jakieś wielominutowe dłużyzny i po prostu nudzić. Mistrz Wajda tak bardzo chciał przekazać nam swoje przemyślenia, aż zapomniał o tym, że „diabeł tkwi w szczegółach”.
No właśnie, tu doszliśmy do rzeczy która najbardziej moim zdaniem przeszkadza w filmie, czyli natrętnej wprost symboliki. Zgadzam się że za pomocą symboli można niewerbalnie przekazać wiele rzeczy, wszak wiadomo że większość przekazywanych informacji to mowa znaków, zaś słowa to jedynie jedna czwarta przekazu. Ale czemu tak natrętnie, tak nachalnie, tak dosłownie? Gdyby ktoś napisał, że film zbudowany ze scen w których główną rolę odgrywają symbole – można się z nim spokojnie zgodzić. Symbole w tym filmie są ważniejsze od ludzi. Niestety.
Kilka przykładów, wybór jest bogaty, ale wspomnę tylko nieliczne. Scena koło kościoła, gdzie jedna z bohaterek znajduje postać przykrytą wojskowym płaszczem, która zdaje się być jej mężem. Kobieta odchyla płaszcz …i pod nim znajduje rzeźbę Chrystusa. Lub scena gdzie uciekinierzy ze wschodu i z zachodu spotykają się ze sobą, jedni drugich ostrzegają przed nacierającym wrogiem, Wermachtem i Armią Czerwoną. Spotykają się oczywiście na moście… Przesuńmy się kilka chwil dalej. Dwaj radzieccy żołnierze zdzierają polskie flagi, odrywają biel od czerwieni, czerwona flaga wraca na ścianę zaś z białego płótna żołnierze robią onuce. I takie sceny oglądamy przez cały film. W końcowej scenie rozstrzeliwania oficerów, która jest przejmująca sama z siebie, Wajda również nie mógł się powstrzymać, ręce polskiego generała przed rozstrzelaniem wiązane są drutem kolczastym… Każda z tych scen indywidualnie broni się bez problemu, wszystkie razem niestety nie.
Jeszcze jedna uwaga, nie robię z niej zarzutu, to moja opinia i sprawa ta nie ma większego wpływu na odbiór filmu. Chodzi o obsadę aktorską. W filmie zagrał kwiat naszych aktorów, postaci znane i lubiane – Englert, Żmijewski, Stenka, Cielecka, i tak dalej. Nie wiem czy to akurat dobry pomysł. Jak już pisałem, symbolika, historia – są tu ważniejsze od postaci, czy nie lepiej byłoby obsadzić w tych rolach nieznanych aktorów? Ich obce twarze lepiej przekazywały uniwersalność historii, przypadkowość ludzkich losów.
Na koniec
Czy warto obejrzeć „Katyń”? Oczywiście tak! Film mimo kilku wad które moim zdaniem posiada jest interesującym głosem w sprawie bolesnej dla naszej Ojczyzny zbrodni. Głosem o stosunkach polsko – radzieckich w pierwszych latach po wojnie. Jest też źródłem informacji o tych wydarzeniach, które w tej formie dotrze do większej liczby ludzi i lepiej przemówi do duszy niż zimny przekaz książki historycznej. I choć „Katyń” to nie „Kanał”, ale obejrzyjcie go koniecznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)